IVRP.pl Strona Główna IVRP.pl
polityka - militaria - kultura - podróże

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
Przypominanie Ferdynanda Goetla...
Autor Wiadomość
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Sob 31 Mar, 2012 03:37   Przypominanie Ferdynanda Goetla...

Pozwolę sobie co jakiś czas zacytować to i owo, zazwyczaj bez komentarza.
Zaczynam od spisanych na emigracji, urwanych wspomnień z lat dziecięctwa i młodości, zatytułowanych "Patrząc wstecz":

Cytat:
O rodzinie matki wiem więcej. Ojciec jej, Florian Koehier, wywodził się z Niemców sudeckich, a miasteczkiem jego rodzinnym była Odrawa nad górną Odrą. Karierę życiową dziadek rozpoczął jako pomocnik młynarza w tejże Odrawie. Zaciągnięty do wojska austriackiego, służył w nim 25 lat dorobiwszy się licznych medali i stopnia chorążego. Bił się pod Radeckim we Włoszech, aż w roku 1846 znalazł się na czele oddziału austriackiego wkraczającego do zbuntowanego Krakowa. I oto tu, na ulicy Grodzkiej, przestrzeliła mu nogę kula powstańcza. Z chwilą tą wierny, ale i ślepy żołnierz cesarza Austrii przejrzał i jął patrzeć na świat innymi, polskimi oczami. Zwolniony z wojska, zostaje komendantem więzienia św. Marcina. Kiedy nadeszło powstanie roku 1863, musi to stanowisko opuścić, a to za dopomaganie w ucieczce więzionym u św. Marcina powstańcom. W mieszkaniu swym przechowuje proch dla Langiewicza.

Cytat:
Poczucie tego, że się jest Polakiem było w tym mieście (Krakowie - b.h.) czymś przyrodzonym i tak oczywistym, jak to, że się jest człowiekiem. Prawda, że na zamku wawelskim mieściły się jeszcze koszary austriackie, do starej zaś wieży ratuszowej dobudowano jakieś skrzydło niby to gotyckie. Mieścił się tam odwach. Nad zamkiem i nad koszarami strzelały jednak wieże wawelskiej katedry, a na dachu jej złociły się insygnia Jagiellonów. Zaś na odwachu pełniła służbę na zmianę „trzynastka”, złożona z „krakowskich dzieci” lub też „cwancygery”, czyli dwudziesty pułk ze znanymi z zadzierżystości „mokrymi bąkami” rekrutowanymi na Podhalu i w okolicach Tarnowa. Na co dzień drażniły oko żółto-czarne skrzynki do listów oraz takież pasiaste obramowanie urzędów i trafik. Język polski panował jednak wszędzie. W szkołach, w urzędach, w policji, sądzie i, rzecz jasna, w kościołach. Nawet K. u k. Armee, gdzie podoficerami i oficerami byli Polacy, posługiwała się niemieckim tylko w słowach komendy. „Marschieren, Direktion: ta czarna krowa na kopcu” wołały andrusy do ćwiczących pod Krakowem oddziałów.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
Przemko 
członek władz wojewódzkich


Pomógł: 6 razy
Wiek: 37
Dołączył: 07 Lis 2011
Posty: 2616
Wysłany: Sob 31 Mar, 2012 13:08   

Dzięki. :)
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Sob 31 Mar, 2012 17:26   

Popełniłem błąd, powinienem był zacząć od przypomnienia sylwetki F. Goetla. Niniejszym postem naprawiam go - oto rzeczowe, powściągliwe, a jednak wzruszające wspomnienie ojca przez jego dzieci: Elżbietę i Romana, zamieszczone w wydaniu "Pątnika Karapeta" z 1990 roku. Dołączam też notkę wydawcy.

Cytat:
Ojciec nasz należał do pokolenia, które przeżyło dwie wojny światowe, rewolucję październikową oraz wydarzenia, które były jej skutkiem. Urodziliśmy się z siostrą w okresie okupacji, więc czasy, które opisuje ojciec w „Pątniku Karapecie”, to dla nas historia. Historia, której nie był biernym świadkiem, lecz ją tworzył i opisywał.
Urodzony w 1890 r. w Suchej, wcześnie osierocony, przeniósł się do Krakowa pod opiekę wujostwa i tam uczęszczał do szkół. Studiował architekturę w Wiedniu. Podczas pierwszej wojny światowej wzięty do niewoli przez Rosjan, zesłany został jako jeniec cywilny do Turkiestanu. Pracował tam przy budowie dróg, urządzeń irygacyjnych i koszar. Po wybuchu rewolucji wcielono go do służb technicznych Armii Czerwonej. W 1920 r. udało mu się zbiec i przez Persję oraz Indie powrócić do kraju. Owocem trzynastomiesięcznej wędrówki stały się książki „Przez płonący Wschód” oraz „Kar Chat”. Następnie wyszły: „Pątnik Karapeta” oraz „Ludzkość” – zbiory opowiadań. Szerokim echem odbiło się wydanie „Z dnia na dzień” – książki, w której akcja pisanej w sposób nowatorski przez bohatera−narratora powieści przeplatała się z prowadzonym z dnia na dzień dziennikiem. W 1926 r. ojciec wybrany został prezesem Pen−Clubu, a następnie członkiem Polskiej Akademii Literatury. W 1934 r. został prezesem Związku Pisarzy Polskich. Podróże odbywane w tych latach zaowocowały książkami podróżniczymi. Należą do nich: „Egipt”, „Wyspa na chmurnej północy” i „Podróż do Indii”. Za powieść „Serce Lodów’ otrzymał nasz ojciec Państwową Nagrodę Literacką. Napisał w tym okresie również wiele mniejszych utworów oraz sztuki teatralne „Samuel Zborowski” i „Król Nikodem”. Był również autorem scenariuszy filmowych. Tuż przed wojną wydano powieść „Cyklon”.
We wrześniu 1939 r. opierając się namowom, by wyjechać – pozostał w Warszawie. W czasie okupacji organizował pomoc dla pisarzy i ich rodzin, działając wraz z Adolfem Nowaczyńskim i Władysławem Zyglarskim w Radzie Głównej Opiekuńczej. Redagował podziemny miesięcznik kulturalny – „Nurt”. W 1943 r. po odkryciu grobów katyńskich wyjechał do Katynia w składzie delegacji zorganizowanej przez Niemców. Otrzymał na to zgodę władz podziemnych. Po powrocie napisał sprawozdanie dla Polskiego Czerwonego Krzyża oraz Armii Krajowej, w którym stwierdził, że ofiarami byli oficerowie polscy więzieni w obozach w Kozielsku i Starobielsku. Sprawa katyńska zaciążyła na całym dalszym życiu ojca oraz naszej rodziny.
Zaraz po wyzwoleniu Krakowa, w którym znaleźliśmy się z matką i ojcem po powstaniu warszawskim, ostrzeżono go, że jest poszukiwany przez NKWD. Udało mu się schronić w jednym z klasztorów krakowskich. Ścigany listem gończym za kolaborację, wyjechał do Włoch, gdzie dołączył do armii gen. Andersa. Stamtąd wraz z większością „andersowców” dostał się do Anglii. Osiadł w Londynie, gdzie mieszkał i pisał aż do śmierci.
Na emigracji powstały książki: „Anakonda” – powieść o tematyce śląskiej rozpoczęta jeszcze przed wojną, „Nie warto być małym” – powieść uważana za jeden z najlepszych jego utworów, „Czas wojny” – wspomnienia okupacyjne zawierające również relację z wyjazdu do Katynia, monografia „Tatry”, „Kapitan Łuna” oraz inne opowiadania o tematyce wojennej, niektóre z nich nigdzie nie publikowane. „Patrząc wstecz” – to tytuł pamiętnika, który obejmuje lata 1890−1915.
W 1945 r. prasa polska opublikowała listy gończe za Ferdynandem Goetlem, oskarżając go o kolaborację z okupantem i zdradę narodu. Gdy wyszło na jaw, że ojciec wyjechał – sprawę wyciszono. I cisza trwała tak długo – jak długo nie wolno było zabierać głosu na temat Katynia. Z wywiezionych i opublikowanych na zachodzie instrukcji dla cenzorów dowiedzieliśmy się, że istniał zapis cenzorski na całą twórczość ojca. Nie wolno było nawet wymieniać jego nazwiska bez potępienia jego postawy w czasie okupacji. Zamknęło to ojcu drogę do kraju i do rodziny. Zmarł w Londynie w 1960 r. w ubóstwie, ociemniały na skutek choroby oczu, do ostatnich dni dyktując pamiętnik.
W 1989 r. Pen–Club polski wydał oświadczenie domagające się przywrócenia twórczości ojca należnego miejsca w kulturze polskiej. Oczyścił jego imię z wszystkich kłamstw i pomówień, powołując się na świadectwo ludzi, którzy znali i pamiętali jego działalność okupacyjną. Niestety nie dane było ojcu dożyć tej chwili.
Wyjeżdżając do Katynia ojciec był świadom, że sprawa ta może mieć wpływ na jego dalsze losy. Jednak zgodził się na wyjazd, mimo grożących mu posądzeń o sprzyjanie propagandzie niemieckiej. W momencie ogłoszenia przez Niemców rewelacji katyńskich wszyscy uważali, że jest to jedynie wybieg mający odwrócić uwagę opinii od zbrodni masowo popełnianych przez hitlerowców. Konieczność dania świadectwa prawdzie była dla ojca celem, któremu podporządkowywał przez całe życie dobro swoje i rodziny. Jeszcze w 1945 r. mógł pozostać w kraju, gdyby publicznie oświadczył, że zbrodnię katyńską popełnili Niemcy. Wybrał prawdę i emigrację. Życie w ubóstwie z dala od rodziny, kraju i ukochanych Tatr. Choć tak łatwo było za cenę kłamstwa sięgnąć po zaszczyty i dobrobyt, czyniąc podobnie jak wiele osób z jego pokolenia – późniejszych luminarzy życia kulturalnego PRL.
Nam – jego dzieciom, było szczególnie trudno pogodzić się z tą decyzją. pozbawiła nas bowiem ojca, obarczając naszą matkę obowiązkiem, nieraz ponad jej siły, utrzymania i wychowania dwojga dzieci. Jednak to właśnie dzięki tej decyzji uważamy ojca za wielkiego człowieka – większego niż wielu znanych i nagradzanych
.

Cytat:
Ferdynad Goetel (1890−1960), prozaik, dramatopisarz, publicysta. W latach rewolucji październikowej i wojny domowej w Rosji przebywał w Turkiestanie, skąd w 1921 roku, po rocznej wędrówce przez Persję i Indie, wrócił do Polski.
W latach międzywojennych był aktywnym uczestnikiem życia literackiego, opublikował kilkanaście książek, m.in. Kar Chat, Przez płonący wschód, ż dnia na dzień (powieść – dziennik, tłumaczona na 13 języków), Serce lodów.
W czasie okupacji hitlerowskiej brał udział w konspiracji, współpracował z prasą podziemną. W 1943 roku za zgodą Komendy Głównej AK wyjechał z delegacją niemiecką do Katynia. Po powrocie napisał raport, w którym wyraźnie stwierdził, iż zbrodnia została popełniona przez NKWD. Po wojnie oskarżony przez władze polskie o kolaborację z Niemcami, ścigany listem gończym, zbiegł za granicę. Fałszywe oskarżenia, haniebne manipulowanie faktami, cała kampania niewybrednych oszczerstw – spowodowały, że ten pierwszy polski naoczny świadek zbrodni katyńskiej został skazany jako pisarz na banicję i wykluczony z oficjalnego życia literackiego. W czerwcu 1989 r. Zarząd Polskiego PEN – Clubu wydał oświadczenie, w którym „stwierdza bezpodstawność zarzutów wobec osoby i działalności Ferdynanda Goetla oraz domaga się, aby jego postać i dzieło przywrócone zostały społeczeństwu
”.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Sob 31 Mar, 2012 17:32   

I kolejny fragment z "Patrząc wstecz":

Cytat:
Ferdynand Turliński był postacią barwną odnotowaną w pismach Przybyszewskiego, Boya-Żeleńskiego i innych. Z ciotką Matyldą pobrali się w Czerniowcach, gdzie zdobył imię ambitnego młodego restauratora. Rychło potem pojawia się w Krakowie i pierwszy „wawrzyn” uzyskuje, urządzając w Sukiennicach wielki bankiet dla Ignacego Kraszewskiego. W tym samym czasie dokonywuje majstersztyku swego zawodu, doprowadzając do skutku bankiet dla 1500 uczestników Wszechsłowiańskiego Zjazdu Przyrodników i Lekarzy. Słowiańska ta biesiada odbyła się pod gołym niebem aż w Ojcowie. Wujo mój musiał uwijać się konno między Krakowem, Ojcowem a okolicznymi dworami, aby zebrać do kupy inwentarz i strawę dla podjęcia tylu gości w tak osobliwych warunkach. – Mój drogi – opowiadał mi kiedyś – furda jeszcze bigosy, flaczki i gulasze, które przywiozłem w kodach z Krakowa; furda beczki z winem i piwem: ale te kurczęta z mizerią!... możesz to sobie wyobrazić?
Nie wiem dokładnie, w którym roku Turliński wydzierżawił rodzaj dworka czy pawilonu drewnianego na ulicy Szpitalnej, aby naprzeciw teatru otworzyć swój wsławiony później „Paon Nonchalant”. Wybór nie był chyba przypadkiem zważywszy skłonności Ferdynanda, zakochanego w sztuce, artystach i dobrej kuchni. Między Basztową, teatrem z okalającymi go Plantami, Paonem i szkołą ludową na Małym Rynku potoczyły się teraz cztery szczęśliwe lata mojego dzieciństwa. „Młoda Polska” szumiąca w Paonie była dla mnie legendą, zaćmioną nieco częstymi sporami między ciotką a wujkiem; bo Ferdynand mówił o niej z rozrzewnieniem, a ciotka z przekąsem. Zgadzali się natomiast w admiracji Adama Asnyka, który przychodził codziennie, nie na parter, broń Boże, zapowietrzony „Młodą Polską”, lecz na pierwsze piętro. Tam jadał obiad z ćwiartką wina. Pamiętam to dobrze, gdyż sędziwy mistrz, nie tylko poeta, lecz i powstaniec przecie, zwykł był zapraszać mnie do stołu i częstować winkiem.
Obok Asnyka był drugi faworyt Turlinskich, a także i mój. Mniejszy nieporównanie od wieszcza, co to sławił „oświaty kaganiec”, oświecał się małą biblioteczką doborowych książek, które gromadził i przechowywał w swej izdebce za pawilonem Paonu. Był to Waluś, sługa nie sługa, człowiek do wszystkiego, mądry i pogodny samotnik, dobry duch Paonu. Waluś posiadał tajemnicę rozbrajania Turlińskiego, ulegającego często napadom gniewu. Sposoby miał proste, ale bynajmniej niegłupie. Gdy więc rozsierdzony o coś Turliński wylewał swój gniew w piwnicy rozbijając o ścianę butelki z winem, Waluś w pewnej chwili podsuwał mu bez słowa buteleczkę z bardzo rasowym trunkiem. Rzuciwszy okiem na etykietkę, „pan dyrektor” uspokajał się w mgnieniu oka i z nabożeństwem odstawiał butelkę na miejsce
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Nie 01 Kwi, 2012 23:57   

Kolejny - o krakowskich "figurach":

Cytat:
Żaden przycinek nie spotkał Eminowicza, pierwszego wśród figur krakowskich. Powstaniec, nie gorszy od Asnyka, zjednywał sobie ludzi jawnym jeszcze i oczywistym bohaterstwem. Był mianowicie naczelnikiem straży pożarnej. Ilekroć trąbka pędzącej do ognia straży potrząsała ospałymi mieszkańcami miasta, a za beczkami i pompami cwałował w powoziku sam Eminowicz, wiedziano, że kroi się coś wielkiego. Jakżeż było wtedy pozostać w domu i nie podziwiać siwobrodego powstańca, gdy w błyszczącym hełmie, przypiekany łuną, dowodził strategią drabin i sikawek! Stanąć wówczas u pompy i w najlepszej wierze przeszkadzać strażakom, było to coś, co przypominało staropolskie pospolite ruszenie. Jeżeli dom zgorzał doszczętnie, a był przy tym Eminowicz, powiadano:
– To ci pożar! Sam Eminowicz nie poradził
!

Cytat:
Mądrzykowski... O popularności jego stanowił jeden tylko dzień. Ale jaki!... Wianki! Tym, który w obliczu całe go Krakowa zdawał wówczas rokroczny egzamin, był pirotechnik Mądrzykowski. Mówiono o nim od samego rana. Że to wymyślił znowu jakieś niebywałe fontanny świetliste i „oberrakiety”. Że sława jego imienia doszła już dostojnych uszu Franciszka Józefa. Że nawet był na jajku wielkanocnym Pod Baranami! Kiedy na Wiśle straszyły żaby plujące ogniem, na niebie zaś rozgrywał się koniec świata w harmiderze rakietowych grzmotów i gwiazd... największym z żyjących stawał się Mądrzykowski. Po rakietach jego już ani dymu, ale pamięć o nim nie zgasła nawet tu, na emigracji. Kiedy bowiem pewnego dnia omawiano w londyńskiej kawiarni rakietę księżycową złożoną z kilku członów, jeden ze starych
krakowiaków zauważył:
– Wielkie rzeczy! Nasz Mądrzykowski znał się już na tym siedemdziesiąt lat temu
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Pon 02 Kwi, 2012 23:53   

O krakowskich "świętach":

Cytat:
Cykl otwierała Rękawka w „trzeci” dzień wielkanocnych świąt. Kościół i w tym wypadku przygarnął pogański obchód do swego łona. Powiązanie nie mogło być silne, skoro zabawa odbywała się na trawnikach i skałkach Krzemionek, jedyna zaś w tym miejscu kapliczka stała nad urwiskiem pogórzeckim. Pobliski kopiec Krakusa też niewiele tu ważył, gdyż nie wiadomo czy legendarny władca był chrześcijaninem. Czy naprawdę kiedyś zabawiał się tu pogański ludek, czy naprawdę znosił tu w rękawach ziemię, by usypać kopiec krakowskiemu szewcowi, co to stał się królem, nie dociecze nikt. Na Rękawkę nie chodziły paniusie z śródmieścia, chyba że w asyście warującej ich nietykalność. Organizatorami zabaw byli podmiejscy spryciarze. Więc boiska taneczne przy dźwiękach harmonii. „Pięć centów bilet. Bosym wstęp wzbroniony.” Więc słup wysmarowany mydłem. Na szczycie szynka, prawdziwa, ponętna, ale tak przymocowana, że szczęśliwy zawodnik rzadko kiedy mógł ją zdjąć. Stąd liczne pretensje o zwrot opłaty i nieodłączne „mordobicie”. Tancerzom bosym przygrywały na uboczach katarynki. Małpki ciągnęły losy dla spragnionych szczęśliwych wróżb. Bywało, że z gór przywędrował i Cygan z niedźwiadkiem na łańcuchu. W straganach sprzedawano kiszone ogórki i bardzo kolorowe lemoniady. Z koszyczków dobywano wzbronioną wódkę. Niewybredne amory w starych fosach austriackich mąciły wołania dziewcząt: „Antoś, skocz no po starszego brata.” Z Rękawki wracało się z oberwanymi guzikami, a nieraz i z guzem. Przezorna policja zjawiała się dopiero o zmierzchu, by pozbierać niedobitki. Po Rękawce areszt policyjny pod Wawelem, zwany „telegrafem”, był z reguły przepełniony. Pogotowie ratunkowe miało gorący dzień.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Śro 04 Kwi, 2012 02:05   

O Trzecim Maja:

Cytat:
Tu jednak powstała kolizja. Z tą samą bowiem szybkością, z jaką narastała patriotyczna świadomość obywateli, wzmagał się w Galicji ruch socjalistyczny. Pierwszy maj bliski trzeciemu. Gdy w pośrodku niedziela, pobliże to zaostrzało sprawę, kto ma świętować. Gwoździem robotniczego święta był też pochód uliczny. U tych więc sztandary czerwone, u tamtych biało-czerwone. Z jednymi cechy, z drugimi związki. Ci śpiewali „krew naszą długo leją katy”, tamci „jeszcze nie zginęła”. „Towarzysze” zaczynali uroczystość od wiecu, „obywatele” od nabożeństwa. Jedni i drudzy dążyli pod pomnik Mickiewicza, przez obie strony anektowanego. Ostra walka polityczna w okresie pierwszych wolnych wyborów do parlamentu wiedeńskiego i Sejmu Krajowego odbijała się na przebiegu rywalizujących obchodów. Dołączyć chytrze do pochodu socjałów i rozbić go, oto częsty manewr patriotów; zamieszać szyki „reakcji” to rewanż socjalistów. Rozdźwięk ten malał, im silniej hasło walki o niepodległość ogarniało obóz socjalistyczny. Nadszedł wreszcie dzień, gdy radni i związkowcy spod znaku PPS pomaszerowali również w pochodzie trzeciomajowym. Chcąc jednak dać wyraz swemu radykalizmowi, śpiewali półgębkiem tylko „Jeszcze Polska nie zginęła”, a na cały głos „Gdy naród do boju wystąpił z orężem, panowie w stolicy radzili”.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
wolo 
sekretarz zarządu organizacji powiatowej


Pomógł: 2 razy
Dołączył: 26 Lut 2009
Posty: 1760
Skąd: Prusy Królewskie
Wysłany: Śro 04 Kwi, 2012 08:43   

O osobie p. Ferdynanda Goetla słyszałem ale nie wiem od czego zacząć. Może Kolega coś polecić na początek?
_________________
"Największym nieszczęściem motłochu jest jego głupota." Eurypides
„Tolerancja i apatia to ostatnie cnoty umierającego społeczeństwa”. Arystoteles
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Śro 04 Kwi, 2012 16:06   

Może "Pątnika Karapeta" - cztery opowiadania o losach Polaków w Rosji Sowieckiej.
I "Czasy wojny", czyli wspomnienia Goetla z DWŚ.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Śro 04 Kwi, 2012 16:30   

O dziadku (tym z pierwszego cytatu w wątku - Florianie Koehierze):

Cytat:
Na dworcu w Odrawie czekał nas powóz wynajęty przez dziadka. Stary weteran, żonaty po raz drugi po śmierci naszej babki, nie brał udziału w życiu miasteczka. Cieszył się więc niezmiernie naszym przybyciem. Rozmawiał z nami po polsku i przymuszał do tego babkę, choć była Niemką i Krakowa na oczy nie widziała. Nawiązać mimo tego łączność z surowym a dziarskim starcem nie było łatwo. O świcie wstawał do pracy w ogrodzie, oporządzanym z nieprawdopodobną wręcz pilnością i dokładnością.
Wiedział, ile jest gruszek na gruszy, ile renklod na śliwie. Podkraść coś w takim ogrodzie było więc niemożliwością. W długiej, oszklonej sieni prowadzącej do ogrodu stały rzędem warsztaty, zachęta do pracowitości, ale nie do figlów, z dłutami, heblami, pilnikami. Śniadania, obiady – biada babce, jeśli nie dość gorące – kolacje podawano z zabójczą punktualnością. Rygor jak na wakacje byłby dla nas trudny do zniesienia, gdyby dziadek nie miał swoistych dość poglądów na nasze wybryki. Gdy więc jako mały jeszcze chłopczyk miałem zwyczaj rzucać na ziemię opróżniony talerz czy szklankę, dziadek tłumaczył rozgniewanej matce:
– Zostaw to. Chłopak ma charakter.
Bywały też i chwile, gdy dziadek stawał się naszym wesołym i dobrym towarzyszem.
– Zbierać się chłopaki! Idziemy na wycieczkę.
Wycieczka ze starym wojakiem oznaczała daleki, szybki marsz z postojami na górach, w dolinach, a bywało i w gospodzie przydrożnej. Brał dziadek ze sobą starą, żołnierską torbę skórzaną, a w niej nieraz butelkę z winem, kawał kiełbasy no i lunetę polową, przedmiot naszej pożądliwości. Pod okiem dziadka i pod jego przewodnictwem dojrzewała wtedy moja
pasja wędrówki i poznania świata. Mimo iż chodził ostro, wyrywałem mu się nieraz naprzód,
nigdy nie syty wrażeń. Sudety – to niejako „freblówka” mojego późniejszego taternictwa i włóczęgostwa po szerokim świecie.
O swoich przeprawach wojennych dziadek milczał i nigdy nie mogliśmy się dowiedzieć, za co i kiedy dostał swoje odznaczenia. Raz jeden tylko obnażył nogę i pokazał bliznę rany otrzymanej na ulicy Grodzkiej. Że to niby bardziej pamiątkowe i cenne niż wszystko inne. Wystąpił wreszcie i raz publicznie. Naprzeciw domku jego był mianowicie duży „Bauern18 hof”, posiadłość antypatycznego chłopa o dziwnym nazwisku Tempus. Zdarzyło się, że właśnie w tej zagrodzie odbył się zlot okręgowej chyba organizacji „Narodowych Niemców” (Deutschnationale). Wywieszenie na domu flagi o pruskich barwach uznał dziadek za rzucone mu wyzwanie. Ubrał się więc w swój czarny „szlusrok”, nałożył ordery żołnierskie, przystawił drabinę do domu Tempusa i flagę zerwał.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Czw 05 Kwi, 2012 11:56   

O czasach gimnazjalnych:

Cytat:
Nie wiem, co było powodem, że nas, chłopców z niezbyt wykwintnej dzielnicy, i ze sfer towarzysko „nie bardzo”, zapisano nie do bliższego nam gimnazjum św. Jacka, lecz aż do św. Anny, na Groblach. Chodziło widocznie matce naszej i Turlińskim, aby nas, chlubę i nadzieję rodziny, kształcić w najbardziej czcigodnej szkole średniej Krakowa. Pomiędzy atmosferą klasy szkolnej na Groblach a podwórkiem domu na Starowiślnej był dość wyraźny rozbrat. Tam nie wywietrzały jeszcze scholastycyzm starej szkoły Nowodworskiego, tam tępe „biskupy”, czyli kandydaci na księży z Bursy „Puzona”, czyli niepopularnego kardynała Puzyny, tam straszliwe belfry od łaciny i greki – tu obyczaj i słowniczek andrusowski i ten jakiś zaczyn buntu, swoistego przedmieściu.
Nie wszystko, rzecz prosta, było na Groblach nudne i sztywne. Młodzi suplenci kandydaci na profesorów gimnazjalnych z Jerzym Żuławskim na czele (wykładał matematykę i fizykę) a także Ryszardom Ordyńskim (był wówczas polonistą), umieli nas nie tylko zaciekawić, ale i rozśmieszyć. Na wielkiej pauzie pasjonowała nas walka o pierwszeństwo popisu gimnastycznego na kółkach między dwoma akrobatami, Maluszką (później Osterwą) a „Benkiem” Millerem (później pułkownikiem). Nie trafiał nam natomiast do przekonania inny suplent, Szuba, równie nieznośny, gdy nam kazał odróżniać „ranunculus acer” od „ranunculus bulbosus”, jak i wtedy, gdy organizował gimnazjalne „wojsko”, ustawiał nas w czwórki i wodził po Błoniach na „egze-cyrkę”. Szubie marzyło się oczywiście wojsko polskie, a istotą tych młodocianych manewrów była już wtedy myśl o przysposobieniu. Lecz nas pociągały otwarte Błonia zachętą do ruchomych gier, a Sikornik i Lasek Wolski, gdzie kazano nam zbierać okazy do zielnika, korcił do gry w zbójów i żandarmów. Uczyłem się w tym gimnazjum słabo, świadectwa przynosiłem z kwaśną oceną „postępy dość dobre”. Myśl moja krążyła już jakimiś szlakami pragnień i marzeń, które rychło miały przybrać kierunek bardziej określony. Gdym tak zdążał swym szkolnym szlakiem przez polubioną jakoś ulicę Poselską, uderzałem nieraz zamyślonym łbem w ścianę lub latarnię i musiałem się potem gęsto tłumaczyć przed matką, że ten czy ów guz nie pochodzi z bitki, a z gapiostwa.
Matka zarabiała na życie krawiectwem. Zatrudniała trzy, cztery szwaczki. Obecność tych niezbyt chyba ponętnych dziewcząt w naszym mieszkaniu budziła we mnie jednak chęć podobania się, że to niby jeszcze chłopak, a rychło mężczyzna. Gdy więc zima przykracała harce po gankach i Grzegórzkach, a „stawy” Mroza jeszcze nie zamarzły, zabawiałem panny z drugiego pokoju popisami wokalnymi. Repertuar mój obejmował wyłącznie pieśni patriotyczne. Gdy się tak darłem, furczały maszyny i fruwały igły. Raz na parę dni przychodziła „pani kupcowa” na przymiarkę. Słysząc z drugiego pokoju grymasy jej, nieraz aroganckie, wyrywałem się myślą na Rynek, gdzie spod Mickiewicza wygłaszał już przemówienia Ignacy Daszyński, „wódz ludu”.
Zdarzyło się raz, że na obiad w domu zabrakło, a na kolację też pieniędzy nie było. Widząc zafrasowaną matkę, zdobyłem się na heroizm i oświadczyłem, że pójdę na miasto znaleźć coś do jedzenia. Zamysły, zakrojone na miarę Janosikową, spaliły na panewce już przed bramą domu. Resztką impetu wszedłem do sklepu pani Dorfnerowej.
– Proszę pani – wystękałem. – Ja bym kupił coś z wiktuałów, ale nie mam czym zapłacić.
– Czy Fredzia matka przysyła? – przyjrzała mi się kupcowa.
– Nie. Ja sam – zawołałem. – Matka nic by na kredyt nie chciała.
No, i przyniosłem do domu pół upieczonej już gęsi z licznymi przynależnościami
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Czw 05 Kwi, 2012 22:39   

O Lwowie:

Cytat:
Za tamtych czasów nie nazywano Lwowa kresowym miastem. Pojęcie kresów na południowym wschodzie Polski zastrzegł niejako Sienkiewicz dla ukrainnej niziny i dzikich na niej pól. Tam to był Bar, był Kamieniec, były kresy. Tu była Galicja. Mówiąc o niej, wspominano czasem Czerwoną Ruś, niekiedy Księstwo Halickie. Podole znaczyło tyle co żyzne ziemie naddniestrzańskiego niżu, Podolacy tyle co osiadłe na nich ziemiaństwo polskie.
Jak tu zresztą myśleć o kresach, gdy Lwów był stolicą Galicji i w nim, a nie w Krakowie, ważyły się pilne sprawy koronnego kraju. Cesarsko-królewskie Namiestnictwo, Sejm i Wydział Krajowy, stołeczność miasta, doczesna, a nie jagiellońska jak w Krakowie, odwracały uwagę od żywego nurtu, którym tętnił Lwów, gniazdo w rzeczywistości kresowe.
Zaś ludek lwowski?... Kto by tam dociekał, jakiej był krwi i jakiego pochodzenia. Część jego znaczną, a najmniej chwalebną, zwaną urągliwie łykiem czy kołtunem. Otóż ten łyk. Pamiętamy świetny obraz dulszczyzny skreślony zamaszystym piórem Gabrieli Zapolskiej. Świadectwo, rzec można, odrażające. Nic jednak lepiej nie powie nam, czym różnił się Lwów od Krakowa, jak zestawienie bohaterów Zapolskiej z komicznymi laleczkami utworów Bałuckiego. I tu, i tam mieszczaństwo, zacofane, godne politowania. O ileż drapieżniejszy, bardziej gwałtowny i koniec końców ludzki jest łyk Zapolskiej od mieszczusia Bałuckiego!
Nie miał Lwów świetnego Wawelu, nie miał budującego Kopca Kościuszki. Nad miastem panował Wysoki Zamek z resztką baszty wielokrotnie burzonej przez najeźdźców. Obok był Kopiec Unii Lubelskiej, dalekie i bezosobowe przypomnienie dziejów. Jeżeli co poruszało Lwowiaków żywym jeszcze i jątrzącym przypomnieniem dziejowych zdarzeń, to krzyż poświęcony Kapuścińskiemu i Wiśniewskiemu, powieszonych na Kleparowie w roku 1847. Kleparów nie przypominał w niczym krakowskiego Rynku, na którym przysięgał Kościuszko. Na Kleparowie gnieździło się pospólstwo i stamtąd pochodziły najgroźniejsze batiary lwowskie. Tym większe znaczenie miała „Góra Śmierci”, jak patetycznie nazwano niewysoki pagórek straceń. Gdy w 1918 roku przyszły dni obrony Lwowa, nie trzeba było pouczać Kleparowa, o co się ma bić. Lwowiak w oczach naszych to coś bardzo typowego. Słyszy się przecież często: „pan X to rasowy Lwowiak”.... Rasowy?... Lwowiak był mieszaniną, jakiej nigdzie w Polsce nie spotkać. Tu, na wielkim rozdrożu narodów, krzyżowały się temperamenty polskie, niemieckie, ruskie, ormiańskie, wołoskie, tatarskie, żydowskie. Z wiru takiego powstało po tamtej stronie Karpat miasto „Tschernowitz”, wiedeńskie, jeśli chodzi o naśladownictwo, a w treści swej nijakie, najśmieszniejszy chyba bękart ówczesnej Europy. Wesoły Lwów nie został jednak wesołkiem, jak Czerniowce. W herbie miał lwa i jedyny w swoim rodzaju historyczny zapis: „Leopolis Semper Fidelis”
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
Przemko 
członek władz wojewódzkich


Pomógł: 6 razy
Wiek: 37
Dołączył: 07 Lis 2011
Posty: 2616
Wysłany: Pią 06 Kwi, 2012 13:04   

Świetnie się to czyta, dzięki.
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Pią 06 Kwi, 2012 17:23   

O Lwowie cd.

Cytat:
Młodzież była tu gorąca, skłonna do zwady, żartu i piosenki, nie tak może obkuta jak krakowska, lecz jutra ciekawsza. I tak jak myśl Lwowiaka, choć przywiązana do swego gniazda, wybiegała w świat, tak i on chętnie wyruszał z miasta na zdobywcze wyprawy. Kiedy w początku XX wieku rozwija się taternictwo, prym w zdobywaniu nietkniętych szczytów i ścian wiedzie słynna lwowska trójka: Zygmunt Klemensiewicz, Roman Kordys i Jerzy Maślanka. Spod Wysokiego Zamku wyruszył na dożywotnią wędrówkę po Polsce arcyłazik i krajoznawca Mieczysław Orłowicz. W kawiarni Sznajdera naradzają się narciarze lwowscy, jak rozprawić się z legendą nieprzystępności Karpat Wschodnich w porze zimowej. Nie minie parę lat, a K.T.N. (Karpackie Towarzystwo Narciarzy), stanie się czołową organizacją tego typu, zaś Maksymilian Dudryk niezrównanym znawcą śnieżnych szlaków nad połoninami. Tu, wreszcie, powstaje pierwszy w Polsce klub piłki nożnej: Czarni.
Jeśli przed okresem Młodej Polski świątkiem literackim Krakowa był pozytywista Asnyk, tu wielbiono jakże romantycznego Kornela Ujejskiego. Na liryczne wylewy Młodej Polski odpowiadał Leopold Staff poezjami o wymownym tytule Sny o potędze.
Mieszkańców liczył Lwów niewiele więcej od Krakowa, żył jednak zdaniem swym po wielkomiejski!. Noce były tu gwarne; widowiska różnorodne i liczne. Kawiarnie szumiały do późnej godziny. W salach hotelu George rozprawiano o wytrysku nafty w Tustanowicach; w Imperialu – o cukrowniach i burakach podolskich. W Wiedeńskiej szła wielka polityka, bynajmniej nie prowiedeńska. Po jedenastej w nocy brano na języki teatr i sale koncertowe. Publiczność lwowska, choć cięta na język, miała ucho muzykalne jak żadna w Polsce. Śpiewność mowy „ta-jojów” świadczy o tym po dziś dzień.
Niefrasobliwą pozornie atmosferę Lwowa przeszywał niekiedy strzał tak groźny, jak ten, co pozbawił życia namiestnika Andrzeja Potockiego. Wstrząs był silny, ale uwagę publiczną zaprzątała bliskość innego historycznego przełomu.
Tak tedy Lwów, miasto pełne niespodzianek i pokus, dygocące przeczuciami, zarozumiałe i przekorne, z batiarska wielkopańskie, miał się znakomicie przyczynić do okresu mego dojrzewania
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Pią 06 Kwi, 2012 23:56   

I pierwsze lwowskie kroki Autora:

Cytat:
Wyjazd mój do Lwowa zbiegł się ze śmiercią babki Koehierowej. Sędziwy już dziadek potrzebował kobiecej opieki, matka więc moja zwinęła mieszkanie krakowskie i wyjechała do Odrawy. Brat Walery został na stancji w Krakowie. Uczeń celujący, zżyty z gimnazjum św. Anny, z zamiłowania już wtedy geolog, nie chciał rozstać się z wyżłobioną koleiną życia.
Turliński dzierżawił wówczas restaurację w hotelu Imperial przy ulicy Trzeciego Maja. W pojęciu swoim nieco zdetronizowany, skoro karmił teraz i poił nie Młodą Polskę, a zamożnych mieszczuchów Lwowa i przybyłych do wesołego miasta Podolaków, wynagradzał sobie ten „upadek” stosunkami z wysoko postawionymi osobistościami. Znawca kuchni niepospolity, „polski Ragueneau” jak go nazwano w Krakowie, zwykł był mawiać, że główny wróg dobrej kuchni to woda, mąka i słaby ogień.
Pamiętam list wuja Ferdynanda do matki mojej w Krakowie. „Ferdkowi – pisał – potrzebna jest męska ręka...” Mój Boże! Miałem już niejakie pojęcie o tej „męskiej” ręce. Dziadek Koehier nieraz mi nią groził. Gdy jednak obiecał mi dać w skórę i rózgi w beczce moczył, przypominał sobie, że pora iść spać. Turliński, dobrotliwszy jeszcze od dziadka, miał do mnie dodatkową słabość, że to i po nim niewiele sobie za młodu obiecywano. Ciotka Matylda była innego zdania. „Waluś – mawiała – to wykapany twój ojciec. A był to święty człowiek.” Pochwała taka nie przekonywała mnie. Młodzik trzynastoletni, wewnętrznie już zbuntowany, chciałem się dopatrzeć w ojcu czegoś więcej.
Turliński wiedział chyba, że jego „męska” ręka zawiedzie, gdy znajdę się z nim pod jednym dachem. Po przybyciu moim do Lwowa oddał mnie przeto na „przeszkolenie” do przyszywanej ciotki Krudzielskiej. Syn jej Zdzisław, młodzieniec impetyczny, stał się na parę miesięcy moim mentorem.
Nie wiem, kto komu dał się wówczas więcej we znaki. W każdym razie poskromiciel mój uważał mnie przez długie lata za nicponia. W dojrzałym wieku darzył mnie za to przyjaźnią, która wytrzymała wszystkie próby. Po tym mało zachęcającym wstępie, wylądowałem nareszcie w obszernym i wygodnym jak zawsze mieszkaniu Turlińskich. Odetchnąłem
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
wolo 
sekretarz zarządu organizacji powiatowej


Pomógł: 2 razy
Dołączył: 26 Lut 2009
Posty: 1760
Skąd: Prusy Królewskie
Wysłany: Pon 09 Kwi, 2012 22:13   

bateria helska napisał/a:
Może "Pątnika Karapeta" - cztery opowiadania o losach Polaków w Rosji Sowieckiej.
I "Czasy wojny", czyli wspomnienia Goetla z DWŚ.


Dzięki. Poszukam na allegro.
_________________
"Największym nieszczęściem motłochu jest jego głupota." Eurypides
„Tolerancja i apatia to ostatnie cnoty umierającego społeczeństwa”. Arystoteles
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Sob 14 Kwi, 2012 13:38   

O Lwowie widzianym przez młodziana cd.

Cytat:
Przyjęty z pewnymi zastrzeżeniami do piątego gimnazjum, nieufnie i ostrożnie stawiałem pierwsze kroki po obcym mieście. Ciasny pasaż Hausmana, to nie Grzegórzki i stawy Mroza; restauracja Imperialu, nie Paon. Nikt mnie tu nie prosił na winko, jak stary Asnyk za mych dziecięcych lat. W gimnazjum „belfry” przyjęły mnie „na jeża”, jak każdego wypędka. Twarda krakowska wymowa, zwana tu z niewiadomych powodów mazurzeniem, śmieszyła moich kolegów.
Stołeczne pretensje Lwowa, uzależnionego administracyjnie od Wiednia więcej niż Kraków, jego bijąca nieraz w oczy „cesarsko-królewskość”, drażniły i złościły mnie. Od hotelu Imperiał do Parku Jezuickiego niedaleka droga. A tam, na honorowym miejscu, pomnik Agenora Gołuchowskiego, za nim zaś gmach z napisem: C. k. Namiestnictwo. Agenor jednak Agenorem, a co innego mój nowy korepetytor, Aleksander Kowalski. Rówieśnik i kolega szkolny, mieszkał na ulicy Balonowej w osławionej dzielnicy Zamarstynów. Nim zatem przystępowaliśmy do Julii Caesari Comentari de Bello Gallico, wysłuchiwałem narwanych nowinek z Zamarstynowa i barwniejszych piosenek jako to: „Hej tam na Gródku lud się zbira, hej tam na Gródku jakiś gwar...” lub „Tam za drągiem u Kiżyka fajno ciuchra se muzyka...”. I wreszcie: „Jeden kafar zafajdany co frak sprzedał za korony...”. Nie zliczyć repertuaru kolegi Kowalskiego. Powiało więc inaczej, weselej, swobodniej. Oficyny cesarskokrólewskiego Lwowa były przekorne i buńczuczne. Polubiłem szczerze swego korepetytora. Z czasem stał się z Kowalskiego „Kowalem”, towarzyszem wypraw tatrzańskich, świadkiem niejednej mej życiowej przeprawy i niezawodnym zawsze przyjacielem. Po wielu, wielu latach mieliśmy się spotkać, już u schyłku życia, na londyńskim bruku.
Wesoły towarzysz nie był jednak jedyną pociechą w owe dni. Nurty z zachodu przepływające przez Lwów, mimo austriackich szyldów i batiarskiej swojszczyzny, miały dopaść i mnie w najbardziej zacisznym kącie. U Turlińskich mieszkała wychowanka i siostrzenica wuja, Lota Rzeszotko. Starsza ode mnie o kilka lat, inteligentna i oczytana, kończyła właśnie konserwatorium muzyczne. Nie było dnia, abym godzinę lub dwie nie wysiadywał przy jej pianinie wsłuchany w Kreislerianę Schumanna, w utwory Schuberta czy Dworzaka. Los chciał, że na ścianie pokoju gdzie stało pianino, wisiało wielkie płótno Paonu. Zapatrzony w chimeryczne rysunki, aforyzmy i wiersze, wgłębiałem się w ten „testament” Młodej Polski i zacząłem pojmować to, co w dzieciństwie mym było tylko legendą. Impuls dany moim marzeniom pchnął mnie ku dalszym poszukiwaniom. Sięgnąłem po książkę; w szkole odnalazłem kolegów podzielających moje utęsknienia. Dotarłem na „galerkę” teatru, umiałem się wkręcić na koncerty. Rychło znalazłem się w kręgu rozgadanej, przejętej „nowoczesnymi” problemami młodzieży obojga płci
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Nie 15 Kwi, 2012 06:31   

O ówczesnych czadach, czyli modach, czyli nastrojach:

Cytat:
Pojęcia intelektualizmu wówczas tak jakby nie znano. Uczuciowe pobudki powodowały uległość modnym nastrojom. Nastrojem takim, przeniesionym na fali niemieckiej muzyki i nordyckim demonizmów, był „Weltschmerz”, czyli tragiczna zaduma nad nicością tego świata. Zważmy przecież: z utworów Sienkiewicza ceniono w tamte lata nie Trylogię czy Quo Vadis?, lecz Bez dogmatu. Panna Mery Tetmajera, że to skończyła samobójstwem. Doktor Judym, że to wyrzekł się Joasi, Anzelm z Róży, że go „nikt nie wołał” – zawojowali wyznawców weltszmercu. Gdy zaś młodzian obdarzony potężnym barytonem ryknął na popisie „Ich grolle nicht” Schumanna, wprawiał w drżenie serca kobiece i stawał się bohaterem dnia. Napominanie o samobójstwie należało do najbardziej skutecznych zabiegów jednania panienek i dam.
Byłem zbyt młody jeszcze, aby mnie dopuszczano do rozpraw nad weltszmercem, Björnsonem, Kierkegaardem, niech by i Hymnami Kasprowicza. Skoro jednak z takim przejęciem rozprawiali o tym starsi, uznałem, że muszę zaznaczyć swoje w tej sprawie stanowisko. Zakochawszy się zabójczo w czternastoletniej rówieśniczce, zapędziłem się aż na Wysoki Zamek z zamiarem popełnienia samobójstwa. Pod płaszczem ukryłem ogromny pistolet po dziadku. Zaszyłem się w krzaki i wystrzeliłem „na próbę” jeden z trzech naboi nie wystrzelonych na wojnach generała Radeckiego. Przerażony hukiem i dymem, pierzchłem do domu oglądając się na każdego policjanta.
Czy mogę dziś powiedzieć, że połknięta w tych czasach trutka weltszmercu przeminęła bez śladu? Chyba nie. Smutek tak charakterystyczny dla ówczesnego młodego pokolenia, które miało pełne prawo nazywać się postępowym, nie mógł być podyktowany jedynie narzuconą z zewnątrz modą. Zawodna to rzecz, gdy się przerzuca mosty w dalekie dni. Może jednak być, że w smutku młodych pionierów postępu, czaiło się przeczucie tego, co miało nastąpić w późniejszych o wiele latach.
Tymczasem nadbiegał wiatr, co miał rozpędzić czady przywiane z Niemiec i Skandynawii
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Pon 16 Kwi, 2012 07:22   

Następuje ciąg dalszy:

Cytat:
W latach 1905 do 1910 na Galicję poczęło oddziaływać Królestwo i jego powstańcza legenda. Zwrot ten przeczuł Wyspiański pisząc Warszawiankę i Wesele. Nim napisał Noc Listopadową udał się do Warszawy, aby odbyć wizyjny pochód na Belweder szlakiem podchorążaków. To, co się śniło Wyspiańskiemu, miało rychło stać się jawą.
Królestwo miało w zanadrzu zarówno testament pozytywizmu, w postaci Poradnika dla Samouków, jak i rewolucyjną i niepodległościową myśl. Jedno i drugie nieśli dobrowolni i przymusowi wychodźcy, bojowcy P.P.S., działacze radykalni różnego znaku, zbiegowie z Syberii, nade wszystko zaś młodzież szkolna i uniwersytecka. Exodus młodych, porwanych hasłem bojkotu szkół rosyjskich, poniósł buntownicze dusze na wszystkie strony świata. We Lwowie powstało największe skupisko tych Królewiaków. Ruchliwi i zdobywczy, obsadzili rychło wyższe uczelnie, trybuny publiczne i kawiarnie. Drogę mościły im książki Mochnackiego, Limanowskiego, Żeromskiego, a także poezja wielkich romantyków, która od wielu już lat drążyła umysły wychowanych w Galicji pokoleń. Kiedy więc książki nie były nowością, nowym był duch konspiracji swoisty gościom z północy. Młodzież miejscowa poddała się mu chętnie, nie bacząc, czy był potrzebny. Zawiązywane w tym czasie tajne organizacje nie narobiłyby tylu kłopotów swym zwolennikom, gdyby znaczną część powierzonych sobie zadań sprawiały jawnie. W liberalnej Austrii istniały przecież możliwości, o jakich nie śniło się Królewiakom
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Pon 16 Kwi, 2012 21:15   

Z czasów nauki w K. und K. Infanterie Kadettenschule:

Cytat:
Pułkownik Ritter von Chmielowski, komendant szkoły, przewodniczył osobiście egzaminom wstępnym. Przejrzawszy me świadectwo z gimnazjum, pokiwał głową powątpiewająco. W miarę jak odpowiadałem rozpogadzał się i wreszcie zawołał przyjaźnie:
– Cóż to z panem? Umie pan o wiele więcej, niż wskazuje świadectwo z gimnazjum.
Życzliwy ton, jakże odmienny od użytego przez dyrektora Danysza, osłodził gorzkie chwile przerzucenia się w mundur wojskowy i ciężkie tygodnie rekruckiego wyszkolenia. Zupełna izolacja od rodziny, kolegów i „towarzyszy”, nowy i obcy mi mechanizm życia, język niemiecki w nauce i stosunkach służbowych, wszystko to sprawia, że przez długi czas zachowuję się jak człowiek chodzący wśród cierni. Później oswajam się jakoś. Większość mych kolegów to Polacy. Rozmawiam z nimi swobodnie po polsku, bo w Austrii i mowa macierzysta (Landessprache) winna być szanowana. Nauczyciele są zabawniejsi niż ci z gimnazjum. A więc taki Ottokar von Krafft. Uczy, i to niegłupio, niemieckiego. Zamiłowanie jego właściwe to filozofia. W księgami Połonieckiego można ujrzeć za szybą wystawy jego ostatnią pracę pod tytułem Eine Glosse zu vier Welträtsein. Oto co się roiło w głowach oficerów starej monarchii.
Niedoszły filozof, czy raczej niedoszły wojak, nie poprzestaje, jak profesor Janelli, na przyjaznej ocenie mego marzycielstwa, lecz pisze wręcz na jednym z moich wypracowań: „Passen Sie auf! Aus Ihnen wird ein Schriftsteller”. Inaczej „Oberleutnant Andrejkovic von Jelacic – Otocaner Ifanterjeregiment”. Ten udzielał francuskiego. Znudzony gramatyką już w połowie lekcji, dopomagał sobie wesołymi piosenkami, którym musieliśmy wtórować:
„...et elle s'cepelle, s'apelle, s'apelle
l'hirondelle, l'hirondelle...”
Ścigał mnie przez całe życie soczysty bas Andrejkovica. Metoda była śmieszna, piosenka idiotyczna, ale pedagog zrobił swoje, skoro tekst ów pamiętam po dziś dzień.
Kapitan Miszkiewicz z 77. pułku wkuwał nam regulamin służbowy. Służbistą był jednak osobliwym. Spotkał mnie raz w korytarzu szkolnym obok komendantury. Nad wejściem do niej wisiał portret następcy tronu, Franciszka Ferdynanda.
– Ta ty widział tego idiotę – zwierzył mi się z niejaką poufnością. – Niech tylko stary Franc wyciągnie kopyta, a ten cały interes się rozleci
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Wto 17 Kwi, 2012 11:49   

...nauki, dodajmy, krótkiej:

Cytat:
Z początkiem drugiego roku u kadetów staję więc przed dylematem: uczyć się usilnie i zdawać do szkoły sztabowej, czy w ogóle porzucić myśl o karierze oficera. Wybieram drugie i staję się znowu marnotrawnym synem. Czeka mnie tym razem poważna próba sił. Komendant szkoły, jak i wychowawca mój, sympatyczny i prawy porucznik Zieritz, namawiają mnie, bym stanął do egzaminu sztabowego. Dla namysłu otrzymuję urlop tygodniowy. Osaczony nie tylko przez wujostwo, lecz i przez innych ludzi dobrej woli, przeżywam ostatnie już we Lwowie a ciężkie dni i... stawiam na swoim.
Nie mam już co tu zostawać, choćby godzili się na to Turlińscy. Wypędek z paru szkół, zbuntowany kadet, na próżno szukałbym we lwowskim okręgu dyrektora gotowego mnie przyjąć. Jedyne wyjście to stanąć w Krakowie do egzaminu wstępnego jako eksternista z wykształceniem domowym. I tak, wysłany przed trzema laty do Lwowa, wracam z powrotem do krakowskiego gniazda. Matka już porzuciła Odrawę, gdyż dziadek Florian zameldował się przed rokiem w niebiesiech, u Radeckiego czy może u Langiewicza.
Z bijącym sercem wspinam się na trzecie piętro starego domu przy ulicy Floriańskiej.
Tam czeka na mnie dwupokojowe mieszkanie, warsztat krawiecki mej matki, biblioteczka mego brata i przywitanie bez słowa wyrzutu
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Wto 17 Kwi, 2012 19:38   

"Cyganeria i oświecenie":

Cytat:
Dzień, w którym odesłałem do Lwowa mundur kadecki, stanowił o rozstaniu się mym na długie lata z mniemaniem, iż przystosowując się do narzuconych mi okoliczności, dopnę milczkiem swego. Nowy strój: peleryna, fontaź, kapelusz z opuszczonym rondem, bluza po bracie i potężna laga wyrażały dobitnie przeskok w krainę cyganerii. Po trzech latach spędzonych we Lwowie dobrotliwy kiedyś Kraków stał się dla mnie krainą nowej, ryzykownej przygody. Koleżkowie z podwórka przy ulicy Starowiślnej krążyli gdzieś własnymi drogami. Dokoła szerokiej klatki schodowej domu przy ulicy Floriańskiej gnieździły się zakalcowate mieszczuchy. Ciemną tą i zatęchłą studnię przejeżdżało się jednak łatwo na drewnianych poręczach schodów.
Tam zaś, na ulicy, na Błoniach, w gwarnych lokalach i dalszych alejach Plant, wyciągali do mnie ramiona urzekający ludzie, którzy, choć starsi ode mnie, nie uważali mnie już za podrostka i tytułowali „kolego”, „obywatelu”, „towarzyszu”. Były to żywe, najżywsze może, lata Krakowa od czasu Wiosny Ludów i Rzeczpospolitej Krakowskiej. Z placu schodziła już co prawda Młoda Polska, lecz miejsce jej zajęły „wolne dusze” występujące, każda na swą rękę, do walki z konwencją. Młodzik jak ja, nad wiek rozbudzony, z barwnym życiorysem, nabity postanowieniami jak bomba, był nawet i dla nich nowością. Jedna z Królewianek, studentka o dziwnym przezwisku Konstytucja, nazwała mnie „Mowgli Żabką” sięgając po wzór aż do Kiplinga. Nikt nie pytał, co myślę począć dalej na szkolnej ławie. „Wolny Duch” nie potrzebował urzędowej legitymacji. Wszak sam Ignacy Daszyński, i wódz krakowskiego ludu, nie uważał za stosowne wyjaśniać, z jakiego uniwersytetu i za co go wylano. Jeżeli więc cyganeria to zażarte spory, wycieczki, nawet i nocne, w podkrakowskie gaje, burdy z policją, zaczepianie filistrów, demonstracje pod pałacem biskupim z protestem za nie dopuszczone na Wawel witraże Wyspiańskiego. Bywa, że w czasach przełomowych postawy i założenia sprzeczne łączą się, aby obalić ustalony ład. Tak też, w największej bliskości cyganerii a zawsze z nią w zgodzie, działał i pozytywistyczny nurt oświecenia. Hasło postępu pokrywało wszystko. Z czasem miało pomieścić również i akcję niepodległościową Piłsudskiego.
Kółka samokształcenia były w Krakowie w pełnym już rozkwicie. Działaczem w nich, bodajże najbardziej niestrudzonym, był mój brat. Nic więc dziwnego, że zaprzągł mnie do malowania astronomicznych map i geologicznych schematów. Trzeźwy naukowiec, nie omieszkał jednakże prosić mnie, bym mu przerysował winietę Wyspiańskiego na liście do wyróżniającej się koleżanki. Gdy bowiem w owych czasach wypadało wiedzieć, ile księżyców ma Jowisz i na czym polega teoria Kanta-Laplace, to i za nieuka uchodził, kto nie miał w ręku poezji Kasprowicza z ilustracjami Okunia. Wolno było nie wiedzieć, kim był Seweryn Goszczyński, lecz nigdy, kim Henryk Heine. Znajomość muzyki Wagnera należała do przykazań naszego pokolenia.
Rok pod sztandarem peleryny to najbardziej bujny okres mego życia. Parę godzin dziennie przygotowań do egzaminu wstępnego, cztery lub pięć czytania książek. Newcombe, Tylor, Darwin, Schopenhauer, Kant, Nietzsche. Równolegle i na przemian: romantycy polscy, Victor Hugo i Zola, Kasprowicz, Staff, Wyspiański, Żeromski. Nie sposób ni części wyliczyć. Czytało się szybko, zapamiętale; świeży młody umysł zapisywał poznane głęboko i trwale. Gdy dziś to wspominam trudno mi pojąć, skąd bierze się w pewnym okresie życia chłonność tak ogromna. I te siły! Nie siedziałem przecież kamieniem nad książką. Przebiegłem cały pierścień wsi dokoła Krakowa. Pamiętam do dziś ich urocze nazwy... Tyniec, Przegorzały, Sowiniec, Zabierzów, Tonie, Zielonka, Olcza, Czyżyny, Mogiła i Mogilany, Świątniki. Z kamieniołomu u wsi Zalas taszczyłem potężne nieraz skamienieliny „Nautilusa”. Grałem na skrzypcach, z pamięci, lecz koniecznie melodie Schuberta czy Schumanna. Szkicowałem gotyckie i renesansowe odrzwia zaułków krakowskich. Chadzałem wreszcie pilnie na odczyty Uniwersytetu Ludowego i zebrania w domu Bujwidów.
Uniwersytet Ludowy mieścił się w starej kamienicy przy ulicy Grodzkiej. Patronów miał bodajże dwóch. Jeden, towarzysz Moszoro, mieszkał w budynku robotniczego oświecenia, odrażającym i ciemnym, bo oświata znaczyła tyle, co książka i słowo. Na czyste schody i malowanie ścian pieniędzy już nie było. Dostęp do tego augura był trudny, gdyż dogorywał na gruźlicę i tylko wybrani mogli usłyszeć z ust jego słowa socjalistycznej prawdy. Tym większa otaczała go sława.
Drugi zasię, Scipio del Campo, był jakby polskim wcieleniem Amicisa. Głosił miłość ogólnoludzką, a pociągał tym bardziej że podobno był hrabią, co to porzucił majątek i wzgardził tytułami w imię dobra ludzkości. Mieszkał, ni to prorok, ni pustelnik, w wieżyczce domu na Dębnikach.
W wypożyczalni książek zbiegły z Królestwa obywatel Węgrzynowicz deprawował, jak mówili zacofani krakowianie, młodzież gimnazjalną i robotniczą, podsuwając jej postępowe książki. W pokojach za czytelnią posłowie dr Bobrowski i Z. Klemensiewicz zwoływali pepesowych działaczy na ciche konwentykle. W ten sposób zrodziło się potężne później TUR, czyli Towarzystwo, Uniwersytetów Robotniczych
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Śro 18 Kwi, 2012 09:17   

Cytat:
Drugim „wrzodem” na ciele zażytego Krakowa był dom profesora Bujwida na ulicy Lubicz. Tam królowała „mama” Bujwidowa i trzy wabne jej córki, podczas gdy najmłodsza, Hela,ujeżdżała szkapy we wsi Czasław. Przybraną córką Bujwidów była „Mary” Jędrzejowska. Angielskie brzmienie imienia przylgnęło do niej siłą legendarnych powiązań. Urodziła się przecież w Anglii, gdzie ojciec jej, słynny kiedyś bojowiec, redagował Przedświt razem z Piłsudskim. Cztery ładne panny i mama bez przesądów to aż nadto, by przyciągnąć młodzież, choćby głuchą na idealizm. Zwykłe tokowisko potańcówek i towarzyskich gier nie mogło się jednak ostać w domu, gdzie sami rodzice byli przykładem związku zawartego na zasadzie wspólnych usiłowań i dążeń umysłowych.
A więc herbatka i bułki z szynką, strój im niedbalszy tym lepszy i żarliwe dyskusje na niebosiężne tematy. Trzon bywalców w domu Bujwidów stanowiły cztery braterskie pary: Wiktor i Czesław Kuźniarowie, synowie krakowskiego kolejarza, Staszek i Franek Samkowie ze wsi tarnobrzeskiej, Stanisław i Kazimierz Rouppertowie, synowie lekarza zdrojowego w Ciechocinku, i wreszcie bracia Goetlowie. U młodych przeważali zatem Galicjanie. Profesor Bujwid i jego żona pochodzili z głębokich kresów, a część życia spędzili w Petersburgu i Paryżu, gdzie Bujwid, uczeń Pasteura zdobył poważne nazwisko. Stałe to grono dopełniał arcypeleryniarz Dubieński, główna figura ulicznych burd, w polemice zawadiaka, któremu nawet wśród nas było za duszno. Ten utemperował się z czasem najgruntowniej z wszystkich nas. Po wojnie był to już zamożny kierownik przemysłowego biura, poglądów ustalonych, właściwie nawet filister. Przygodnie wpadał na sesje nasze jakiś gość z zagranicy przynosząc rewelacyjne wieści.
Z elity tej, bo trudno ją nazwać inaczej zważywszy jej ambicje i dociekliwość, część tylko wytrzymała próbę czasu. Najbliższy mi Staszek Samek, chłopiec bardzo wrażliwy i o głębokich zamysłach, odebrał sobie życie w czasie pierwszej wojny. Franek, zdolny chemik, zaplątał się w nieszczęsną aferę masek przeciwgazowych i opuścił niepodległą już Polskę. Najstarszy w naszym gronie i wybitny już geolog, Wiktor Kuźniar, uległ katastrofie psychicznej. Znany już za granicą, wyróżniany przez słynnego geologa Lugeona, wyjechał na dopełnienie studiów do Paryża. Powrócił tak urzeczony urokami paryskiego środowiska, tak obezwładniony ciężarem kultury zachodniej, że nie zdołał się już nigdy odnaleźć. Wypadek to nie tak rzadki, jak się sądzi. Gdym go po powrocie odwiedził w Zakopanem, gdzie przebywał chcąc ukończyć pracę o tektonice Tatr, siedział za stołem wpatrzony z lubością w namalowaną przed chwilą akwarelę. Na ścianach izby nie widać było wykresów geologicznych, a tylko reprodukcje z Luwru, szkice kawiarń paryskich, fotografię grobu Napoleona pod kopułą Inwalidów. Lubiany przez wszystkich „Wika”, przez parę lat prezes Eleuterii, rzecznik powściągliwości i silnej woli, skończył jako alkoholik. Brat jego Czesław dostał pomieszania zmysłów, gdy był dyrektorem Instytutu Geologicznego w Warszawie. Zetknięcie z szczytowymi zagadnieniami kultury może być nieraz niebezpieczne dla natur ku temu nie przygotowanych. Norwidowski „głupi Słowianin” korzysta na Zachodzie, jeśli przyswoi sobie jego sceptycyzm; lecz nie podniesie się nigdy, jeśli padnie plackiem przed wielkim ołtarzem kultury
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Śro 18 Kwi, 2012 19:58   

Kończąc wątek okołobujwidowski (przy okazji wspomnę, że w 1990 roku nakładem WL ukazały się pamiętniki Odo Bujwida "Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932-1942"):

Cytat:
U Bujwidów rozprawiano o wszystkim co nowe, co rewolucyjne. Każdy z uczestników zebrań był w mniemaniu innych „fenomenalny”. W zbyt już oderwaną, nazbyt „genialną” atmosferę wdzierał się niekiedy ostry wiatr zdarzeń. Stało się, że trzeba było wyjść na ulicę i wziąć w obronę samego gospodarza. Odo Bujwid był nieraz gwałtownie atakowany przez konserwatywny Kraków za swój domniemany ateizm. Gdy jednak złożył, bodajże pierwszy, poważną sumę na świeżo założone Towarzystwo Szkoły Ludowej, urządziliśmy mu pochód z pochodniami. Wiwatowaliśmy na cześć profesora nie na Lubiczu, a przed uniwersytetem, dając w ten sposób do zrozumienia senatowi, że co głośniejsi obywatele miasta trzymają z wolnomyślnym profesorem.
„Mama” i jej panny uchodziły, rzecz prosta, za czołówkę polskich sufrażystek. Co oznaczała ówczesna sufrażystka, trudno mi dziś powiedzieć. Z wszystkich Bujwidzianek jedna tylko ukończyła wyższe studia. Najstarsza, Kazia, zdobyła dyplom szczególnego rodzaju wybiwszy szyby w pałacu biskupim; najmłodsza, Hela, odznaczyła się podczas głośnej demonstracji przeciwko księdzu Zimmermanowi, gdy go mianowano profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prawie wszystkie panny powychodziły za uczestników zebrań na Lubiczu. Wesele Kazimierza Roupperta po ślubie z Kazią miało wszystkie cechy modnego wówczas bratania się z ludem. Urządzono je na wsi w Czasławiu. Nie był to folwark, w ścisłym tego słowa znaczeniu, gdyż hodowano w nim konie celem zdobycia surowicy przeciw wściekliźnie. Na wesele przybyła jednak nie tylko czeladź sadyby, ale i chłopi wsiowi. Przygrywała chłopska kapela. Biolog i asystent Rouppert wycinał krakowiaczki z dziewojami miejscowymi; anarchista Dubieński golił gorzałę z gospodarzami. „Lubicz” stawił się in corpore
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Czw 19 Kwi, 2012 13:56   

O Mariuszu Zaruskim:

Cytat:
No, i Mariusz Zaruski. Trzeba go wydzielić nie dlatego, by innym przewodził, lecz że najbarwniejszą był wśród swych postacią. Ci którzy pamiętają go jako szefa kancelarii wojskowej prezydenta Mościckiego, niechże wiedzą, że ten generał, ozdobiony wielu odznaczeniami, z tą samą powagą obnosił po Zakopanem swą skromną godność taternika. Natura wyposażyła go w ciało krzepkie, twarz srogą, choć bez śladu okrucieństwa, wolę twardą, rozkazujący gest. Do Zakopanego przybył z urzekającą legendą Sybiraka i żeglarza polarnych wód. Ledwie postawił stopę pod Giewontem, przeobraził się w zdobywcę Tatr i ratownika ludzi, których spotkało w górach nieszczęście. Poczynania jego taternickie i ratunkowe miały charakter wojskowy. Był nie tylko przewodnikiem, ile dowódcą. Stosowane przez niego sposoby wojskowe wyśmiewała szopka zakopiańska. Chodziło między innymi o telegraf Morsego, którym Pogotowie miało przesyłać wiadomości ze skał. Otóż, żartowali szopkarze, przewodnik jeden, wysłany w ścianę na ratunek, nie mógł sobie poradzić z chorągiewkami sygnałowymi. Zaruski woła więc z dołu: „jaka litera?” ... „A” – odpowiada góral. Przypadek chciał, że podobną, choć pełną już, rozmowę słyszałem stojąc pod ścianą Jaworowego. Przewodnik Tyłka, znalazłszy zwłoki Szulakiewicza, krzyknął wprost z góry do machającego chorągiewkami Zaruskiego: „nie żyje”.
Tak czy owak, była to jak się mówi postać ze spiżu. Że jednak ludzka, miała i swoje słabostki. Pan Mariusz pisywał wiersze, i to bardzo romantyczne. „Wiersze pisywali wtedy wszyscy”, powie ktoś świadomy tych lat. Nie wszyscy jednak zajmowali się teozofią i spirytyzmem. Pan Mariusz, choć niezłomny rzecznik woli, dawał chętnie ucho wróżbom. Bawił się w wynalazki. Mył się w szczególnie zbudowanej umywalni, nogą przyciskał jakąś dźwignię i woda lała mu się na głowę. Używał czekana własnego pomysłu (nazwał go okrężnym), sporządził szereg przepisów na smary narciarskie i zaprawianie butów tłuszczem.
Niespożyte siły dopraszały się o zadania, niechby i mało ważne. Gdy jednak od innych wymagał tyleż co od siebie, nie licząc się z ich siłami, był w Zakopanem samotnikiem. Nie wiem, czy był nim również, gdy rozstawszy się z Tatrami, powrócił do żeglugi. Umarł samotnie w roku 1940, kiedy to bolszewicy zabrali go z osady na Wołyniu i uwięzili w Homlu. Było to podobno to samo więzienie, w którym osadzono go za caratu. O tragicznym końcu Zaruskiego milczy Polska „ludowa”, choć statek szkolny żegluje pod jego nazwiskiem
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Czw 19 Kwi, 2012 20:59   

Opis doznań świeżo upieczonego taternika:

Cytat:
Szczyt! Widok. Odczuwanie. Znałem taterników, co zjadłszy, nie odczuwali. Ale nie znałem takich co by, nie zjadłszy, odczuwali. To pewnik. Ilości i jakości spożytej strawy nie należy jednak brać za kryterium następującej bezpośrednio po tym wrażliwości na piękno przyrody, gdyż rezultaty mogłyby być fałszywe. Obok tej zasady, konieczna jest chęć odczuwania. Świadomość, że się odczuwa oraz duma, że się odczuwa lepiej i głębiej od sąsiada. Należy także oznaczyć chwilę, w której odczuwanie ma dojść do maksimum. W chwili tej jest wskazanym wstrzymać na kilka sekund oddech i zamknąć oczy. Kto spełni wszystkie te warunki dozna wspaniałego uczucia wtopienia się w przyrodę, pełnego pogardy dla ludzi i świata. Po czym śmiało może napisać artykuł. Z wszystkich tych warunków spełniłem wówczas tylko jeden. Zjadłem. Nic też dziwnego, że nic dzisiaj nie pamiętam z szczytowych chwil.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Czw 19 Kwi, 2012 21:01   

I fotografia. Goetel to ten pierwszy z lewej.

_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Pią 20 Kwi, 2012 11:23   

O wysokogórskich relacjach polsko-madziarskich:

Cytat:
Była taka para madziarskich braci o polskim nazwisku: Ciula i Istvan Komarniccy. Inteligentni i pogodni, przyjaźnili się z Polakami; nikomu więc z nas nie śniło się „podebrać” im jakieś pierwsze wyjście. Latem 1908 Klub Kilimandżaro wybrał się w czwórkę na szczyt Lodowy od Doliny Czarnej Jaworowej. Nie zdobyte a wspaniałe to urwisko zachowało dziewiczość chyba przez niedopatrzenie Chmielowskiego czy Klubu Himalaja. Rozeznanie ściany z dołu okazało się zawodne. Gdyśmy bowiem wywinęli się z kotła na spadający ku dolinie filar, dostrzegliśmy, że chcąc osiągnąć punkt zwrotnikowy 2503, musimy pokonać kilka sporych turni, gdyż filar przechodził u góry w tak zwaną grzędę. Przyjętym zwyczajem ułożyliśmy na każdej turni kopczyki z kamieni i umieściliśmy pod nimi bilety z naszymi nazwiskami.
Wkrótce potem spotyka mnie w Zakopanem G. Komarnicki.
– Aber Goetel baczi! (ależ drogi panie – zawołał – zrobił mi pan największą przykrość).
– Panu? – pytam zdumiony. – Jakim sposobem?
– Musi pan wiedzieć, że już od roku upatrzyłem sobie tę grzędę z Lodowego ku Czarnej Jaworowej. Właśnie z niej wracam. Byliśmy z bratem przekonani, że staniemy tam pierwsi. A tu kopczyki. Kto nas uprzedził? Naturalnie Polacy. Gratuluję. Czy się zgodzicie, byśmy nazwali te tumie Wielką i Małą Turnią Lodową?
– Oczywiście. – Uścisnęliśmy sobie dłonie
.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
filip
przewodniczący koła


Pomógł: 2 razy
Dołączył: 17 Wrz 2011
Posty: 693
Wysłany: Pią 20 Kwi, 2012 15:40   

Pod krawatem, tylko na pierwsze wejście, czy to strój codzienny, a na pierwsze wejście zakładało się frak?
_________________
Tutaj warto zrobić historyczny przytyk, że co drugi folksdojcz był real-polityk

http://www.corinfantis.pl/index.php?text=430
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8737
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Pią 20 Kwi, 2012 20:28   

filip napisał/a:
Pod krawatem, tylko na pierwsze wejście, czy to strój codzienny, a na pierwsze wejście zakładało się frak?

Wtedy "North Face'y", "Salewy", "Joe Wolfskiny" były jeszcze chwilowo nieobecne.
Tu jeszcze dwa przykłady mody wspinaczkowej:

prezentowanej przez Mariusza Zaruskego i i Aleksandra Znamięckiego



oraz zdjęcie "strażackie" członków Sekcji Turystycznej TT

_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,18 sekundy. Zapytań do SQL: 13