IVRP.pl Strona Główna IVRP.pl
polityka - militaria - kultura - podróże

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
New Horizons
Autor Wiadomość
Zgred
Szeregowy rezerwy

Pomógł: 1 raz
Dołączył: 31 Gru 2002
Posty: 5317
Wysłany: Czw 19 Sty, 2006 20:47   New Horizons

Wystartowała !
To jest podróż !
Szkoda tylko, że trzeba będzie czekać aż do lipca 2015 roku.
 
 
macsoc 
Emerytowany Ojciec Dyrektor


Dołączył: 04 Mar 2003
Posty: 3652
Wysłany: Czw 19 Sty, 2006 22:27   

ta nazwa mi się nie podoba; był taki film "Event Horizon"...
_________________
Nie wiem, czy wiecie, mam Najwspanialszą Żonę na Świecie!
 
 
Hegemon 
Beczkowóz


Pomógł: 2 razy
Wiek: 41
Dołączył: 11 Lut 2006
Posty: 11979
Skąd: z głupia frant
Wysłany: Sob 11 Lut, 2006 15:38   

Nieco nie na temat, ale przy tej okazji nasuwa się pytanie: czy potrzebne są nam jeszcze misje załogowe? Są o wiele droższe, nieporównanie mniej efektywne i stwarzają całkiem realne zagrożenie dla życia (Challenger, Columbia). Aż się prosi o jakieś pobieżne choćby porównanie wyników misji załogowch i bezzałogowych. Co osiągnęły te pierwsze? Niemal nic, czego nie mogłyby zrobić sondy automatyczne - no, może poza doświadczalnym stwierdzeniem faktu odwapniania kości w stanie nieważkości :x . Poza kilkoma misjami programu Apollo człowiek nie opuścił nawet orbity okołoziemskiej. Załogowe podróże na Marsa (o dalszych nie mówiąc) możemy spokojnie zostawić filmowcom. A misje bezzałogowe? Mniej lub bardziej gruntownie zbadano 8 z 9 planet (o ile Pluton jest planetą, a planet jest tylko 9 :shock: ), parę komet, planetoid, a czas temu jakiś autograf A. Michnika dotarł na Tytana (szkoda, że akurat ta misja nie była załogowa, chociaż, z drugiej strony, jeszcze bardziej szkoda tego Tytana :mrgreen: ). Oczywiście, wiele bezzałogowych misji, zwłaszcza w ostatnich latach, zakończyło się spektakularną klapą, ale w większości przypadków krył się za tym błąd człowieka. A takie Voyagery nadają do tej pory, choć niewiele są młodsze od niżej podpisanego :D . Pozostaje zatem sondzie New Horizons życzyć dużo zdrowia, szczęścia i sprawnego ogniwa plutonowego.

P.S. New Horizons nie jest tak do końca misją bezzałogową, jako że na jej pokładzie umieszczono urnę z prochami Clyde'a Tombaugha - gościa, który odkrył Plutona. Niech leci w pokoju.
_________________
Его Высокопревосходительство
 
 
Zgred
Szeregowy rezerwy

Pomógł: 1 raz
Dołączył: 31 Gru 2002
Posty: 5317
Wysłany: Sob 11 Lut, 2006 22:29   

Hegemon napisał/a:
Nieco nie na temat, ale przy tej okazji nasuwa się pytanie: czy potrzebne są nam jeszcze misje załogowe? Są o wiele droższe, nieporównanie mniej efektywne i stwarzają całkiem realne zagrożenie dla życia (Challenger, Columbia). Aż się prosi o jakieś pobieżne choćby porównanie wyników misji załogowch i bezzałogowych. Co osiągnęły te pierwsze? Niemal nic, czego nie mogłyby zrobić sondy automatyczne - no, może poza doświadczalnym stwierdzeniem faktu odwapniania kości w stanie nieważkości :x. Poza kilkoma misjami programu Apollo człowiek nie opuścił nawet orbity okołoziemskiej. Załogowe podróże na Marsa (o dalszych nie mówiąc) możemy spokojnie zostawić filmowcom. A misje bezzałogowe? Mniej lub bardziej gruntownie zbadano 8 z 9 planet (o ile Pluton jest planetą, a planet jest tylko 9 :shock: ), parę komet, planetoid, a czas temu jakiś autograf A. Michnika dotarł na Tytana (szkoda, że akurat ta misja nie była załogowa, chociaż, z drugiej strony, jeszcze bardziej szkoda tego Tytana :mrgreen: ). Oczywiście, wiele bezzałogowych misji, zwłaszcza w ostatnich latach, zakończyło się spektakularną klapą, ale w większości przypadków krył się za tym błąd człowieka. A takie Voyagery nadają do tej pory, choć niewiele są młodsze od niżej podpisanego :D . Pozostaje zatem sondzie New Horizons życzyć dużo zdrowia, szczęścia i sprawnego ogniwa plutonowego.

P.S. New Horizons nie jest tak do końca misją bezzałogową, jako że na jej pokładzie umieszczono urnę z prochami Clyde'a Tombaugha - gościa, który odkrył Plutona. Niech leci w pokoju.


To pytanie jest trochę pytaniem z serii - po co nam w ogóle jakiekolwiek misje międzyplanetarne ?
No bo tak na zdrowy rozum kosztują majątek, a wiedza tam zdobyta nie ma w zasadzie żadnego praktycznego znaczenia (nie pomoże w odkrywaniu nowych leków czy konstruowaniu lepszych mikroprocesorów).

Odpowiedź jest ta sama.
Jeśli nie mamy skarleć do szczętu powinniśmy podejmować wyzwania, które przekraczają prosty rachunek "winien" - "ma".
Tak jak nie były bezsensowne wyprawy na Biegun Północny czy na Everest, tak nie są bezsensowne międzyplanetarne wyprawy bezzałogowe i załogowe.
Lądowanie na Księżycu było (poza oczywistymi względami politycznymi czy strategicznymi) "wielkim krokiem dla ludzkości".

Jestem wielkim zwolennikiem międzyplanetarnych wypraw bezzałogowych, uważam jednak, że nie powinno się zaniechać załogowej wyprawy na Marsa. Może nie wg. kalendarza przedstawionego przez Busha (który jest mało realny zresztą) ale w perspektywie roku 2040 czemu nie.
Do tego czasu mógłby być dostępny i solidnie przetestowany system napędu znacząco skracający lot do i z Marsa.
Jeśli przy tym założymy odpowiednio długi pobyt na samej planecie (poniekąd konieczny z innych względów), efekty naukowe takiej wyprawy mogę być znacząco większe niż wielu wypraw automatycznych.
W ramach próby generalnej można by ok. 2020 np. przeprowadzić wielką wyprawę automatyczną na Marsa, z powrotem pobranych próbek na Ziemię.

Rozmarzyłem się :)

P.S.
Ja jestem z frakcji "Proamerykańskiej" - Pluton jest planetą (i wszystko co od niego większe w Pasie Kuipera - także) !
 
 
Hegemon 
Beczkowóz


Pomógł: 2 razy
Wiek: 41
Dołączył: 11 Lut 2006
Posty: 11979
Skąd: z głupia frant
Wysłany: Nie 12 Lut, 2006 22:45   

Zgredek napisał/a:
To pytanie jest trochę pytaniem z serii - po co nam w ogóle jakiekolwiek misje międzyplanetarne ?
No bo tak na zdrowy rozum kosztują majątek, a wiedza tam zdobyta nie ma w zasadzie żadnego praktycznego znaczenia (nie pomoże w odkrywaniu nowych leków czy konstruowaniu lepszych mikroprocesorów).

Odpowiedź jest ta sama.
Jeśli nie mamy skarleć do szczętu powinniśmy podejmować wyzwania, które przekraczają prosty rachunek "winien" - "ma".
Tak jak nie były bezsensowne wyprawy na Biegun Północny czy na Everest, tak nie są bezsensowne międzyplanetarne wyprawy bezzałogowe i załogowe.


No, nie jest tak, że jestem jakimś zaprzysięgłym wrogiem misji załogowych. Uważam jednak, że nie wnoszą one wiele do naszego stanu wiedzy - porównanie z efektami misji bezzałogowych wypada nader blado. Może dlatego, że - jak na razie brakuje im konkretnego celu, a i środki w postaci wahadłowców (ograniczam się do amerykańskiego programu kosmicznego) są nad wyraz nie na czasie. Zarysowany jakiś czas temu przez G.W. Busha program eksploracji kosmosu na poapierze prezentuje się atrakcyjnie - no właśnie - na papierze! Jakoś nie słychać, żeby na poważnie podjęto prace nad jego realizacją (nowy pojazd załogowy - wzorowany zresztą na Apollo itp.). Łza się w oku kręci gdy przywoła się niesamowity postęp techniczny, jaki dokonał się w latach 60-tych: o ile w 1961 r. Amerykanie nie byli nawet w stanie wysłać człowieka na orbitę (ograniczyli się jedynie do kilkunastominutowych "skoków" balistycznych poza atmosferę - niczym ostatnio szumnie reklamowany SpaceShip One, czy pojazd p. Bransona), to siedem lat później trójka astronautów była już na orbicie okołoksiężycowej. A po upływie dlaszych kilkunastu miesięcy mógł Neil Armstrong stawiać swój pierwsy krok na powierzchni Księżyca. Zaprawdę, gdy człowiek patrzy na dzisiejsze funkcjonowanie NASA, scyzoryk się w kieszeni otwiera! Tak to widać już jest z agencjami rządowymi, niezależnie od szerokości geograficznej.

Zgredek napisał/a:
Lądowanie na Księżycu było (poza oczywistymi względami politycznymi czy strategicznymi) "wielkim krokiem dla ludzkości".


Zgadzam się w 100%. Tylko co dalej? Nawet programu Apollo nie dokończono tak jak to wcześniej zakładano (ostatnia misja w jego ramach miała nosić numer 20). To samo można powiedzieć o Skylabie - wykorzystano do jego obsługi to, co z programu Apollo jeszcze pozostało, a potem zostawiono bezcenne narzędzie badawcze samemu sobie - aż po paru latach spłonęło w atmosferze. Bo priorytet miały już w tym czasie wahadłowce... Pomyślane jako tani i bezpieczny sposób transportowania ludzi i ładunku na orbitę, okazały się być droższe w eksploatacji od klasycznych rakiet jednorazowego użytku. A co do bezpieczeństwa - dość przywołać Challengera i Columbię oraz czternaścioro dzielnych ludzi, którzy tyle jeszcze mogli w życiu osiągnąć...

Zgredek napisał/a:
Jestem wielkim zwolennikiem międzyplanetarnych wypraw bezzałogowych, uważam jednak, że nie powinno się zaniechać załogowej wyprawy na Marsa. Może nie wg. kalendarza przedstawionego przez Busha (który jest mało realny zresztą) ale w perspektywie roku 2040 czemu nie.
Do tego czasu mógłby być dostępny i solidnie przetestowany system napędu znacząco skracający lot do i z Marsa.
Jeśli przy tym założymy odpowiednio długi pobyt na samej planecie (poniekąd konieczny z innych względów), efekty naukowe takiej wyprawy mogę być znacząco większe niż wielu wypraw automatycznych.
W ramach próby generalnej można by ok. 2020 np. przeprowadzić wielką wyprawę automatyczną na Marsa, z powrotem pobranych próbek na Ziemię.


Napisałem, że wyprawę załogową na Marsa lepiej zostawić filmowcom i pozostaję przy swoim zdaniu. Moja argumentacja jest następująca:

1) Finansowanie wyprawy. Mimo potencjału gospodarczego USA nie sądzę, aby w obecnych uwarunkowaniach były one w stanie samodzielnie sfinansować taką wyprawę. W tym sensie, że nie byłoby łatwo przekonać amerykańskich podatników co do sensu wykładania funduszy idących pewnie w setki miliardów $ na dość abstrakcyjny w rozumieniu przeciętnego zjadacza chipsów projekt. Entuzjaści załogowej wyprawy na Marsa zakładali w przeszłości kooperację międzynarodową - w szczególności współpracę z pokój miłującym Związkiem Sowieckim, co pozwoliłoby osłabić agresywną politykę USA. :wink: :wink: Takie to poglądy głosili rozliczni 'pożyteczni idioci' z Carlem Saganem na czele - odsyłam do jego książek. Nawet dzisiaj niezbyt marzyłby mi się podbój kosmosu realizowany przez USA wespół z państwami totalitarnymi w rodzaju Rosji czy Chin (nie mówię tu o ISS, Amerykanie robią co mogą, żeby się z tego wycofać).

2. Bezpieczeństwo załogi. Tu nakłada się kilka czynników: czas trwania wyprawy (którego, obawiam się, nie da się znacząco skrócić, o czym za chwilę) i związana z nim możliwość wystąpnienia negatywnych reakcji psychicznych - zwłaszcza, że brak jest kojącego nerwy sąsiedztwa Ziemi), promieniowanie (zarówno kosmiczne, jak i pochodzące z rozbłysków słonecznych; notabene Mars nie posiada jonosfery, więc przebywanie na jego powierzchni również nie rozwiązuje problemu), wreszcie bliskie sąsiedztwo pasa planetoid i związane z nim zwiększone ryzyko trafienia meteorytem.

3) Względy techniczne - chyba jednak najłatwiejsze do przezwyciężenia. Klasyczna koncepcja wyprawy na Marsa zakłada zbudowanie na orbicie okołoziemskiej potężnego statku z odpowiednimi zapasami paliwa, co w dającej się przewidzieć przyszłości stwarzałoby potężne problemy logistyczne (jakoś to wszystko trzeba dostarczyć na orbitę) - nie mówiąc o kosztach. Być może budowa stałej bazy na Księżycu coś by w tej kwestii zmieniła. Koncepcja "oszczędnościowa", lansowana m.in. przez R. Zubrina, przewidująca wysłanie wprost z powierzchni Ziemi serii stosunkowo niewielkich, autonomicznych jednostek wydaje się w praktyce jeszcze bardziej nierealna, jako że zakłada ona produkcję materiałów pędnych na powierzchni Marsa po części z miejscowych surowców. Odrębnym zagadnieniem jest trajektoria lotu i ściśle z nią związany czas trwania misji. Najbardziej racjonalna - tzw. elipsa Hohmanna to nic innego, jak eliptyczna orbita wokółsłoneczna, styczna do orbit Ziemi i Marsa. Jej zaletą jest minimalne zużycie materiałów pędnych, wadą - długi czas lotu i jeszcze dłuższy postoju na powierzchni Marsa. Aby go skrócić, niezbędny jest dodatkowy napęd. Klasyczny rakietowy nie wchodzi w grę. Silnik jonowy ma zbyt mały ciąg, aby rozpędzić do odpowiedniej prędkości (a następnie wyhamować) w odpowiednim czasie wehikuł ważący kilkanaście - kilkadziesiąt ton. Pozostaje rakietowy silnik jądrowy, z którym obiecujące próby prowadzono jeszcze w latach 60-tych (projekt NERVA) - zarzucono je wszakże, a w obecnej sytuacji raczej nie ma widoków na ich wznowienie. O hipotetycznym napędzie termojądrowym - jak na razie - szkoda gadać.

Natomiast co do wielkiej misji bezzałogowej, która pobrałaby i sprowadziłaby na Ziemię próbki marsjańskiego gruntu, to w zasadzie i dzisiaj nie ma przeszkód, aby przystąpić do jej realizacji. Tylko niech ktoś to powie NASA...

Zgredek napisał/a:
Ja jestem z frakcji "Proamerykańskiej" - Pluton jest planetą (i wszystko co od niego większe w Pasie Kuipera - także) !


Ups! To i sympatie ideowo-polityczne mają tu znaczenie? :roll: Tak się składa, że akutat je podzielam :lol: , ale to przecież nie ma znaczenia. Już choćby ze względów historycznych Plutonowi miano planety przysługuje, a skoro tak, to dlaczego coś odeń większe, a krążące samodzielnie wokół Słońca planetą ma nie być? Dobrze byłoby jednak zastanowić się, od jakiej kategorii wagowej takiemu obiektowi miano planety przysługuje? Znanych jest przecież już kilka obiektów jedynie minimalnie Plutonowi ustępujących rozmiarami / masą. Dleczegóż one nie miałyby być planetami? A niech się tam biurokraci z Międzynarodowej Unii Astronomicznej martwią!
_________________
Его Высокопревосходительство
 
 
circ 
Banita


Dołączyła: 06 Lut 2006
Posty: 1677
Wysłany: Pon 13 Lut, 2006 00:15   

Niedawno zostaliśmy poinformowani przez media o znalezieniu dziesiątej planety. Niestety, chyba podziałały tu prawa sezonu ogórkowego. Tak naprawdę, to nie tylko nie wiadomo, czy nowo znaleziony obiekt otrzyma status planety, ale też na nowo rozgorzała dyskusja, czy powinien mieć go Pluton. Być może zamiast dodawać dziesiątą planetę, powinniśmy raczej zastanowić się nad dziewiątą?

A wszystko to dlatego, że nie ma jasnej definicji planety. Samo słowo pochodzi od greckiego "planetes", co oznacza "wędrująca". Czyli w ścisłym znaczeniu, definicja ta oznacza każdy obiekt o zmiennym położeniu na niebie. I rzeczywiście, tak było na początku - na przykład Seneka za planety uznawał również komety. W czasach nowożytnych, aż do momentu opublikowania przez Kopernika "O obrotach ciał niebieskich" za planety uważano siedem obiektów. Były to: Księżyc, Słońce, Merkury, Wenus, Mars, Jowisz i Saturn. Warto podkreślić fakt, że nie ma na tej liście Ziemi. Z kolei w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku liczba planet w Układzie Słonecznym wahała się w różnych publikacjach od siedmiu do jedenastu. Było to spowodowane zaliczaniem do grupy planet obiektów obecnie uznawanych za planetoidy. Dopiero masowe odkrywanie tych ciał po 1850 roku, spowodowało kształtowanie się dzisiejszej listy planet.

Pod koniec dziewiętnastego wieku uwagę astronomów przyciągały nieregularności w ruchach Neptuna i Urana. Zachowywały się one inaczej, niż wynikałoby to z przewidywań. Jednym z wytłumaczeń miała być kolejna planeta, znajdująca się za Neptunem. Rozpoczęto poszukiwania, które trwały ćwierć wieku i zaowocowały znalezieniem Plutona. Astronomowie oszacowali jego masę na około 11% masy Ziemi (czyli mniej więcej tyle, ile wynosi masa Marsa) analizując jego rzekomy wpływ na Neptuna i Urana. To właśnie ten błąd w oszacowaniu masy spowodował zakwalifikowanie Plutona do grupy planet. Wszystkim wydawało się, że jest on dużo większy, niż w rzeczywistości i że w pełni zasługuje na to miano.

W 1978 oceniono udało się wreszcie ocenić poprawnie masę Plutona na około 0,2% masy Ziemi. Było to możliwe, dzięki znalezieniu Charona - księżyca Plutona. Masa tego ostatniego okazała się o wiele za mała, by mógł on mieć wpływ na orbity Neptuna i Urana. Co więcej, dzięki sondzie Voyager 1, okazało się, że niedokładność wyznaczenia orbit była spowodowana błędnym oszacowaniem mas tych planet. Plutona znaleziono i oznaczono jako planetę przypadkiem, bo podejrzewano go o coś, czego "nie zrobił". Dziś zaś, wszyscy przyznają, że gdyby Plutona odkryto teraz, nikt by nawet nie myślał o nadaniu mu statusu planety.

Od 1992 roku zaczęto obserwować kolejne, poza Plutonem, obiekty krążące poza orbitą Neptuna. Dowiodło to istnienia przewidywanego przez Gerarda Kuipera pasa (nazwanego na jego cześć Pasem Kuipera) zawierającego ciała niebieskie krążące od około 30 do 50 AU od Słońca, czyli poza orbitą Neptuna. Wiele z nich ma masę bardzo bliską masie Plutona. Czemu więc nazywamy go najmniejszą planetą, a nie największym obiektem Pasa Kuipera?

A właściwie nie "największym obiektem Pasa Kuipera", ale "jednym z największych". Przecież ostatnio znaleziona "dziesiąta planeta" jest trochę większa od Plutona. Możliwe, że takich obiektów, o rozmiarach porównywalnych z rozmiarami Plutona, jest w Pasie Kuipera więcej. Nasuwa się pytanie - czy powinniśmy nadać im wszystkim status planet? O ile zwiększanie liczby planet do dziesięciu wywołało w mediach entuzjazm, to chyba nie należy się go spodziewać, gdyby zwiększyć ich ilość do, powiedzmy dwudziestu.

Michael Brown, jeden z odkrywców 2003 UB313, tak zwanej "dziesiątej planety", uważa, że Pluton powinien być uznany za planetę, niezależnie od jakichkolwiek przesłanek naukowych, gdyż jest to termin kulturowy, a nie czysto astronomiczny. Ten pogląd prowadzi go do prostego wniosku - jego znalezisko, jako większe od Plutona, również powinno otrzymać miano planety. Ten tok rozumowania może być przekonujący, ale zdaje się też mieć pewne znamiona dorabiania teorii do faktów. Szczególnie, że, jak już zostało powiedziane, status komet i Słońca jako planet, też kiedyś był częścią kultury.

Dlatego właśnie potrzeba nam jasnej definicji planety - aby każdy nowo odkryty obiekt można było prosto klasyfikować, zamiast powtarzać jeszcze raz tę samą debatę. Najbardziej popularne sposoby definiowania słowa "planeta", to:

Sposób historyczny:
Merkury, Wenus, Ziemia, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun i Pluton to planety. Nic innego w układzie Słonecznym nie jest planetą. Typowo szkolne podejście, pozwalające na jednoznaczne rozgraniczenie, jednak zupełnie nie mające zastosowania przy określaniu, czy obiekt w innym systemie słonecznym jest planetą.

Zmodyfikowany sposób historyczny:
Każdy obiekt większy od Plutona jest planetą. Pozwala na jednoznaczne określenie, jednak mogłoby się okazać, że pod taką definicję podpada kilkanaście, jeżeli nie kilkadziesiąt obiektów. Poza tym, dlaczego akurat Pluton ma stanowić dolną granicę?

Sposób grawitacyjnego zaokrąglenia:
Każdy obiekt, który ma kształt zbliżony do kuli, dzięki swojemu własnemu polu grawitacyjnemu i krąży bezpośrednio wokół gwiazdy, jest planetą. Ta metoda również oznacza, że wiele nowych obiektów otrzyma status planety. Lecz nie to jest największym jej problemem. Być może to, co wydaje się być intuicyjnym w naszym Układzie Słonecznym, czyli to że planety są kuliste, nie jest już prawdą w innych układach. Co więcej "kulistość" nigdy nie była kryterium przy rozstrzyganiu czy coś jest planetą, więc sięganie po nią teraz, wydaje się dość odważne.

Sposób badania populacji:
Najbardziej zawiły, ale dający najlepsze efekty. Z natury procesu tworzenia się Układu Słonecznego wynika, że można łatwo rozdzielić samotne duże obiekty i populacje mniejszych. Słowo populacja oznacza, że w pewnej odległości od Słońca znajdują się obiekty o masach w pewnym przedziale. Przykładem może być tutaj pas planetoid między Marsem a Jowiszem. W tej definicja za planety uważa się tylko duże samotne obiekty. Pluton nie jest planetą, ale tylko obiektem z Pasa Kuipera.

Michael Brown popierał czwartą metodę, aż do chwili publikacji informacji o znalezieniu 2003 UB313. Wtedy zaczął przychylać się do zmodyfikowanego sposobu historycznego. Warto zauważyć, że daje ona jego znalezisku status planety, a więc jemu jako odkrywcy większy prestiż.

Ponieważ coraz nowocześniejsze teleskopy pozwalają na coraz dokładniejsze obserwacje obiektów z Pasa Kuipera, już niedługo powinniśmy znaleźć tam kolejne ciała niebieskie. Na przykład w ciągu kilku dni lipca tego roku ogłoszono istnienie aż trzech obiektów: jednego wspomnianego już 2003 UB313, o masie porównywalnej z masą Plutona i dwóch o masach o połowę mniejszych (2003 EL61 oraz 2005 FY9). Charakterystyczne, że tylko 2003 UB313 zdobył rozgłos, gdyż był intensywnie reklamowany jako planeta.

Trzeba podkreślić, że nie wszyscy uważają agresywną promocję odkryć astronomicznych za coś złego. Wiele osób sądzi, że tylko w ten sposób uda się uzyskać więcej pieniędzy na badania. Ten tok rozumowania prowadzi do prostego wniosku, że należy utrzymać status Plutona jako planety, gdyż wtedy rządy różnych państw będę bardziej skore do finansowania jego eksploracji.

Definicja planety, gdy zostanie kiedyś stworzona, na pewno nie zadowoli wszystkich. Warto przy tym pamiętać, że naginanie jej tak, by obejmowała Plutona może spowodować, że w naszym Układzie pojawi się bardzo dużo nowych planet. A być może nawet spowoduje to, że obudzimy się w układzie podwójnym planet. Zdarzają się głosy, że skoro Pluton jest planetą, to Księżyc, który jest od niego większy, należałoby uznać za planetę bliźniaczą Ziemi a nie jej satelitę (sic!).

Brak definicji planety prowadzi do akademickich i bezcelowych dyskusji, czy dane ciało jest planetą, czy nie, oraz daje pole do popisu astronomom żądnym sławy i mediom potrzebującym sensacji w sezonie ogórkowym. Gdy dojdą wątpliwości, dotyczące obiektów w innych układach słonecznych, sytuacja będzie się mogła tylko pogorszyć.

Może nie podobać się nam taka, czy inna definicja słowa "planeta". Jednak przy wyborze, powinniśmy kierować się jednoznacznością definicji, a nie jej popularnością. Nie chodzi przecież o sprawienie satysfakcji ludziom, ale o uniknięcie zbędnych dyskusji w przyszłości.

Przy pisaniu newsa korzystałem z ksiazki pt. "Łowcy planet" ["Łowcy planet - w poszukiwaniu nieznanych światów", Ken Croswell, Prószyński i S-ka, Warszawa 2002].
_________________
Ten świat jest nasz nie wasz! Nie damy pluć se w twarz!

narka
 
 
Zgred
Szeregowy rezerwy

Pomógł: 1 raz
Dołączył: 31 Gru 2002
Posty: 5317
Wysłany: Pon 13 Lut, 2006 19:00   

Hegemon napisał/a:
No, nie jest tak, że jestem jakimś zaprzysięgłym wrogiem misji załogowych. Uważam jednak, że nie wnoszą one wiele do naszego stanu wiedzy - porównanie z efektami misji bezzałogowych wypada nader blado. Może dlatego, że - jak na razie brakuje im konkretnego celu, a i środki w postaci wahadłowców (ograniczam się do amerykańskiego programu kosmicznego) są nad wyraz nie na czasie. Zarysowany jakiś czas temu przez G.W. Busha program eksploracji kosmosu na poapierze prezentuje się atrakcyjnie - no właśnie - na papierze! Jakoś nie słychać, żeby na poważnie podjęto prace nad jego realizacją (nowy pojazd załogowy - wzorowany zresztą na Apollo itp.). Łza się w oku kręci gdy przywoła się niesamowity postęp techniczny, jaki dokonał się w latach 60-tych: o ile w 1961 r. Amerykanie nie byli nawet w stanie wysłać człowieka na orbitę (ograniczyli się jedynie do kilkunastominutowych "skoków" balistycznych poza atmosferę - niczym ostatnio szumnie reklamowany SpaceShip One, czy pojazd p. Bransona), to siedem lat później trójka astronautów była już na orbicie okołoksiężycowej. A po upływie dlaszych kilkunastu miesięcy mógł Neil Armstrong stawiać swój pierwsy krok na powierzchni Księżyca. Zaprawdę, gdy człowiek patrzy na dzisiejsze funkcjonowanie NASA, scyzoryk się w kieszeni otwiera! Tak to widać już jest z agencjami rządowymi, niezależnie od szerokości geograficznej.

Trochę sobie zaprzeczasz. To w końcu NASA była autorką owego skoku pierwszych lat astronautyki.
Lot załogowy na Marsa to jednak co innego niż na Księżyc czy na stację orbitalną. Wulgaryzując nieco - tam jest co badać. Księżyc jest jednak martwy, od zawsze się nie zmienia, nie ma na nim za bardzo co odkrywać (wiem - nieco przesadzam) .
Mars ma atmosferę i (najprawdopodobniej) hydrograficzną przeszłość to zupełnie inna jakość.

Hegemon napisał/a:

Zgadzam się w 100%. Tylko co dalej? Nawet programu Apollo nie dokończono tak jak to wcześniej zakładano (ostatnia misja w jego ramach miała nosić numer 20). To samo można powiedzieć o Skylabie - wykorzystano do jego obsługi to, co z programu Apollo jeszcze pozostało, a potem zostawiono bezcenne narzędzie badawcze samemu sobie - aż po paru latach spłonęło w atmosferze. Bo priorytet miały już w tym czasie wahadłowce... Pomyślane jako tani i bezpieczny sposób transportowania ludzi i ładunku na orbitę, okazały się być droższe w eksploatacji od klasycznych rakiet jednorazowego użytku. A co do bezpieczeństwa - dość przywołać Challengera i Columbię oraz czternaścioro dzielnych ludzi, którzy tyle jeszcze mogli w życiu osiągnąć...

Wahadłowce okazały się droższe bo latały za rzadko, a konstruktorzy zostali poszli na kompromisy w rodzaju silników pomocniczych.

Hegemon napisał/a:

Napisałem, że wyprawę załogową na Marsa lepiej zostawić filmowcom i pozostaję przy swoim zdaniu. Moja argumentacja jest następująca:

1) Finansowanie wyprawy. Mimo potencjału gospodarczego USA nie sądzę, aby w obecnych uwarunkowaniach były one w stanie samodzielnie sfinansować taką wyprawę. W tym sensie, że nie byłoby łatwo przekonać amerykańskich podatników co do sensu wykładania funduszy idących pewnie w setki miliardów $ na dość abstrakcyjny w rozumieniu przeciętnego zjadacza chipsów projekt. Entuzjaści załogowej wyprawy na Marsa zakładali w przeszłości kooperację międzynarodową - w szczególności współpracę z pokój miłującym Związkiem Sowieckim, co pozwoliłoby osłabić agresywną politykę USA. :wink: :wink: Takie to poglądy głosili rozliczni 'pożyteczni idioci' z Carlem Saganem na czele - odsyłam do jego książek. Nawet dzisiaj niezbyt marzyłby mi się podbój kosmosu realizowany przez USA wespół z państwami totalitarnymi w rodzaju Rosji czy Chin (nie mówię tu o ISS, Amerykanie robią co mogą, żeby się z tego wycofać).

2. Bezpieczeństwo załogi. Tu nakłada się kilka czynników: czas trwania wyprawy (którego, obawiam się, nie da się znacząco skrócić, o czym za chwilę) i związana z nim możliwość wystąpnienia negatywnych reakcji psychicznych - zwłaszcza, że brak jest kojącego nerwy sąsiedztwa Ziemi), promieniowanie (zarówno kosmiczne, jak i pochodzące z rozbłysków słonecznych; notabene Mars nie posiada jonosfery, więc przebywanie na jego powierzchni również nie rozwiązuje problemu), wreszcie bliskie sąsiedztwo pasa planetoid i związane z nim zwiększone ryzyko trafienia meteorytem.

3) Względy techniczne - chyba jednak najłatwiejsze do przezwyciężenia. Klasyczna koncepcja wyprawy na Marsa zakłada zbudowanie na orbicie okołoziemskiej potężnego statku z odpowiednimi zapasami paliwa, co w dającej się przewidzieć przyszłości stwarzałoby potężne problemy logistyczne (jakoś to wszystko trzeba dostarczyć na orbitę) - nie mówiąc o kosztach. Być może budowa stałej bazy na Księżycu coś by w tej kwestii zmieniła. Koncepcja "oszczędnościowa", lansowana m.in. przez R. Zubrina, przewidująca wysłanie wprost z powierzchni Ziemi serii stosunkowo niewielkich, autonomicznych jednostek wydaje się w praktyce jeszcze bardziej nierealna, jako że zakłada ona produkcję materiałów pędnych na powierzchni Marsa po części z miejscowych surowców. Odrębnym zagadnieniem jest trajektoria lotu i ściśle z nią związany czas trwania misji. Najbardziej racjonalna - tzw. elipsa Hohmanna to nic innego, jak eliptyczna orbita wokółsłoneczna, styczna do orbit Ziemi i Marsa. Jej zaletą jest minimalne zużycie materiałów pędnych, wadą - długi czas lotu i jeszcze dłuższy postoju na powierzchni Marsa. Aby go skrócić, niezbędny jest dodatkowy napęd. Klasyczny rakietowy nie wchodzi w grę. Silnik jonowy ma zbyt mały ciąg, aby rozpędzić do odpowiedniej prędkości (a następnie wyhamować) w odpowiednim czasie wehikuł ważący kilkanaście - kilkadziesiąt ton. Pozostaje rakietowy silnik jądrowy, z którym obiecujące próby prowadzono jeszcze w latach 60-tych (projekt NERVA) - zarzucono je wszakże, a w obecnej sytuacji raczej nie ma widoków na ich wznowienie. O hipotetycznym napędzie termojądrowym - jak na razie - szkoda gadać.

Natomiast co do wielkiej misji bezzałogowej, która pobrałaby i sprowadziłaby na Ziemię próbki marsjańskiego gruntu, to w zasadzie i dzisiaj nie ma przeszkód, aby przystąpić do jej realizacji. Tylko niech ktoś to powie NASA...


Na pewno wyprawa załogowa to nie jest priorytet także z mojego punktu widzenia.
Zakładam jednak że 20-30 lat to czas zupełnie wystarczający na dopracowanie się napędu skracającego czas podróży na Marsa co najmniej o połowę. Przy kilkumiesięcznym pobycie na tej planecie solidnej wyprawy efekty mogą być nieporównywalne do misji załogowych. Przy okazji taki np. napęd plazmowy dawał by jakąś mikrograwitację.
Oczywiście to musiała by być wyprawa pełną gębą, a nie wizyta na zasadzie postawimy nogę i spadamy.
Innymi słowy konieczny był by sprzęt pozwalający na dogłębne zbadanie planety, wyprawy na sporą odległość od miejca lądowania itd.
Hegemon napisał/a:

Ups! To i sympatie ideowo-polityczne mają tu znaczenie? :roll: Tak się składa, że akutat je podzielam :lol: , ale to przecież nie ma znaczenia. Już choćby ze względów historycznych Plutonowi miano planety przysługuje, a skoro tak, to dlaczego coś odeń większe, a krążące samodzielnie wokół Słońca planetą ma nie być? Dobrze byłoby jednak zastanowić się, od jakiej kategorii wagowej takiemu obiektowi miano planety przysługuje? Znanych jest przecież już kilka obiektów jedynie minimalnie Plutonowi ustępujących rozmiarami / masą. Dleczegóż one nie miałyby być planetami? A niech się tam biurokraci z Międzynarodowej Unii Astronomicznej martwią!

To trochę żart był :)
Przeciwnicy Plutona jako planety twierdzą że bronią go Amerykanie bo jest jedną planetą którą odkryli.
Definicja planety musi być czysto arbitralna tak więc przyjmijmy że wszystko co jest większe od Plutona to planety, albo wszystko co ma średnicę większą niż X, bo takie udawanie że są jakieś obiektywne kryteria to kpiny są. (Ja bym się zresztą tak bardzo przed uznaniem układu Ziemia - Księżyc za podwójny układ planetarny nie bronił)
 
 
Hegemon 
Beczkowóz


Pomógł: 2 razy
Wiek: 41
Dołączył: 11 Lut 2006
Posty: 11979
Skąd: z głupia frant
Wysłany: Pon 13 Lut, 2006 22:25   

circ napisał/a:
Na przykład w ciągu kilku dni lipca tego roku ogłoszono istnienie aż trzech obiektów: jednego wspomnianego już 2003 UB313, o masie porównywalnej z masą Plutona i dwóch o masach o połowę mniejszych (2003 EL61 oraz 2005 FY9). Charakterystyczne, że tylko 2003 UB313 zdobył rozgłos, gdyż był intensywnie reklamowany jako planeta.


To nie jest do końca tak. Odkrycie obiektu nazwanego prowizorycznie 2003 UB313 zostało ogłoszone na konferencji prasowej (stąd ten szum medialny), w sposób na ogół przez astronomów nie praktykowany, z jednej zasadniczej przyczyny. Zespół Mike'a Browna nabrał bowiem podejrzenia (które po jakimś czasie przeszło w pewność), że ktoś dotarł do dzienników oberwacyjnych obsługiwanego przez nich teleskopu, które przez nieuwagę umieszczono w ogólnodostępnych zasobach sieciowych. Tym "kimś" okazali się astronomowie hiszpańscy, którzy w oparciu o te dzienniki ogłosili "odkrycie" obiektu oznaczonego jako 2003 EL61. W tej sytuacji Brown zdecydował o publicznym przedstawieniu prac swego zespołu z pominięciem zwyczajowych procedur. O "agresywnej promocji odkryć astronomicznych" trudno tu doprawdy mówić.

Zgredek napisał/a:
Trochę sobie zaprzeczasz. To w końcu NASA była autorką owego skoku pierwszych lat astronautyki.

Nie zaprzeczam sobie. Wyraźnie podkreślam różnicę w funkcjonowaniu NASA w latach 60-tych i obecnie.
Zgredek napisał/a:
Wahadłowce okazały się droższe bo latały za rzadko, a konstruktorzy zostali poszli na kompromisy w rodzaju silników pomocniczych.

Zdaje się że miały startować co dwa tygodnie :roll: . Co do silników wspomagających - bez nich wahadłowiec (w istniejącej konfiguracji) nie wystartuje. W rzeczy samej, silniki główne (te na tlen i wodór) uruchamiane są na 6 sekund przed startem (tzn. odpaleniem rakiet wspomagających). Notabene gdzieś wyczytałem (bodajże 'Młody Technik' 2/86, ale musiałbym sprawdzić), że NASA rozważała zastąpienie rakiet wspomagających na paliwo stałe rakietami na paliwo ciekłe. Pozwoliłoby to na zmniejszenie wibracji, ale też pozwalałoby na awaryjne wyłączenie tych silników. Kto wie, może dałoby się uniknąć katastrofy Challengera?
Zgredek napisał/a:
Zakładam jednak że 20-30 lat to czas zupełnie wystarczający na dopracowanie się napędu skracającego czas podróży na Marsa co najmniej o połowę. Przy kilkumiesięcznym pobycie na tej planecie solidnej wyprawy efekty mogą być nieporównywalne do misji załogowych. Przy okazji taki np. napęd plazmowy dawał by jakąś mikrograwitację.

Czas ogdgrywa mniejszą rolę, jeśli jest wola działania (i oczywiście pieniądze). Jeśli chodzi o konkretny rodzaj napędu (na potrzeby wszystkich misji międzyplanetarnych - załogowych czy nie) moim faworytem pozostaje rakietowy napęd jądrowy - najwydajniejszy rodzaj napędu odrzutowego, jaki kiedykolwiek był testowany. Tylko już widzę te tabuny lewaków, pomstujących na 'zatruwanie kosmosu', czy coś w tym rodzaju... Niezależnie zresztą, jaki rodzaj napędu byśmy zastosowali, być może do uniknięcia byłaby konieczność przeprowadzania manewrów grawitacyjnych do przyspieszania sond - to właśnie za ich przyczyną New Horizons będzie lecieć do Plutona aż 9 lat. Jeśli chodzi o wyprawy załogowe... Kwestia mikrograwitacji jest istotnie kluczowa - długotrwałe przebywanie w stanie nieważkości rodzi szereg poważnych konsekwencji dla ludzkiego organizmu - o odwapnieniu kości już wspominałem. No i kwestia zabezpieczenia przed promieniowaniem kosmicznym - szczególnym zagrożeniem mogą być rozbłyski słoneczne - tutaj ryzyko można ograniczyć, wysyłając wyprawę w okresie minimum aktywności słonecznej. Spotkałem się też z koncepcją swoistego bunkra - niewielkiego pomieszczenia o masywnych ścianach, do którego astronauci mogliby się schować w razie zagrożenia. No i ryzyko zderzenia z jakimś kosmicznym gruzem - ewentualna zmiana kursu dla uniknięcia kolizji byłaby możliwa tylko w pewnych granicach i wymagałaby silnika o dużym ciągu oraz możliwości dłogotrwałego działania). I tak powoli dochodzimy do kosztorysu - to właśnie on sprawia, że załogowe misje międzyplanetarne są w mojej opinii mało ralne. Choć, jeśli zapomnimy o pieniądzach i niebezpieczeństwach, perspektywa jest rzeczywiście oszałamiająca. Pomarzyć każdemu wolno...
Zgredek napisał/a:
Przeciwnicy Plutona jako planety twierdzą że bronią go Amerykanie bo jest jedną planetą którą odkryli.
Definicja planety musi być czysto arbitralna tak więc przyjmijmy że wszystko co jest większe od Plutona to planety, albo wszystko co ma średnicę większą niż X, bo takie udawanie że są jakieś obiektywne kryteria to kpiny są. (Ja bym się zresztą tak bardzo przed uznaniem układu Ziemia - Księżyc za podwójny układ planetarny nie bronił)

No tak, antyamerykanizm jest, zdaje się, jednym ze źródeł europejskiej tożsamości kulturowej :evil: A na poważnie. Zgadzam się z tezą, że nie ma obiektywnych kryteriów, czy coś jest planetą, czy nie. Pamiętajmy zresztą, że Układ Słoneczny już od kilkunatu lat nie jest jedynym układem planetarnym, jaki znamy, a odkrywane obecnie planety wokół innych gwiazd nie przypominają za bardzo (głównie za sprawą metod, przy pomocy których są odkrywane) tych, które krążą wokół Słońca. Że przywołam tylko planety Wolszczana krążące wokół gwiazdy neutronowej czy "gorące Jowisze", obiegające swe macierzyste gwiazdy w ciągu kilku dni po orbitach dziesięciokrotnie ciaśniejszych niż Merkury. I to także są planety. Nie widzę więc powodu, dla którego należałoby odmówić nadania statusu planety obiektowi, który skądinąd na to zasługuje, tylko dlatego, że jest obiektem z Pasa Kuipera. Tym bardziej, że niektórzy astronomowie sądzą, że jest tam miejsce nawet dla ciał wielkości Marsa, a nawet - choć to chyba mało prawdopodobne - Ziemi. Jeśli tak jest faktycznie, to czy im także mamy odmówić miana planet? Z drugiej strony, Pluton jako planeta wrył się mniej lub bardziej w świadomość miliardów ludzi - to jest fakt; jakakolwiek degradacja, choćby przez tak szacowną instytucję jak Międzynarodowa Unia Astronomiczna, pachniałaby po trosze Orwellem. Dlaczegóż więc wszystko, co od niego większe, a krąży samodzielnie wokół Słońca, nie miałoby być planetą? A że będziemy mieli kilkanaście planet zamiast dziewięciu? Od tego gospodarka światowa się nie załamie, klimat się nie ociepli, krowy nie przestaną się nieść a kury nie stracą mleka... coś pokopałem? :shock:

Ziemia i Księżyc jako podwójna planeta? To chyba nie do mojego posta 8) W rzeczy samej, jest w tym układzie coś wyjątkowego. Zdaje się, że planety grupy ziemskiej raczej nie są skłonne do posiadania naturalnych satelitów - patrz Merkury i Wenus. Co do Marsa, to jego dwa księżyce są najprawdopodobniej przechwyconymi planetoidami. Ponadto stosunek mas Księżyca i Ziemi jest drugi co do wielkości (skądinąd po układzie Pluton - Charon) w Układzie Słonecznym. Więc czemu nie - to w końcu tylko kwestia nazewnictwa.

P.S. A co do New Horizons, to zawsze najlepiej zasięgnąć informacji z pierwszej ręki: http://pluto.jhuapl.edu/
_________________
Его Высокопревосходительство
 
 
Zgred
Szeregowy rezerwy

Pomógł: 1 raz
Dołączył: 31 Gru 2002
Posty: 5317
Wysłany: Czw 16 Lut, 2006 21:24   

Coś się temat zepsuł.
To go chyba naprawi.
 
 
Hegemon 
Beczkowóz


Pomógł: 2 razy
Wiek: 41
Dołączył: 11 Lut 2006
Posty: 11979
Skąd: z głupia frant
Wysłany: Pon 20 Lut, 2006 16:25   

Co tak cicho? Wszystkich pochłaniają przyziemne problemy? To może news (sprzed trzech tygodni, ale zawsze coś):

Nowa "planeta" jest większa od Plutona: astronomowie z Bonn zmierzyli wielkość nowo odkrytego obiektu w Układzie Słonecznym

Twierdzenia, że Układ Soneczny ma dziesiątą planetę, zyskały wsparcie dzięki odkryciu zespołu kierowanego przez astrofizyków z Bonn, iż ta przypuszczalna planeta, [której odkrycie] ogłoszono latem ubiegłego roku, wstępnie nazwana 2003 UB313, jest większa od Plutona. Mierząc emisję cieplną naukowcy byli wstanie określić średnicę [planety] na około 3000 km - co czyni ją o 700 km większą niż Pluton, a tym samym oznacza, że znaleziono największy obiekt w Układzie Słonecznym od czasu odkrycia Neptuna w 1846 r.


Szerzej pod adresem: http://www.astro.uni-bonn.de/%7Ebertoldi/ub313/
_________________
Его Высокопревосходительство
 
 
Hegemon 
Beczkowóz


Pomógł: 2 razy
Wiek: 41
Dołączył: 11 Lut 2006
Posty: 11979
Skąd: z głupia frant
Wysłany: Śro 16 Sie, 2006 19:28   

Heh, zanosi się na to, że Pluton jednak planetą pozostanie; co więcej "przybędzie" mu towarzystwa:

http://www.astronomia.pl/...dex.php?id=1203
_________________
Его Высокопревосходительство
 
 
Zgred
Szeregowy rezerwy

Pomógł: 1 raz
Dołączył: 31 Gru 2002
Posty: 5317
Wysłany: Czw 17 Sie, 2006 12:01   

Najzabawniejsze, że do grona planet awansował by Charon, który był by traktowany jako element układu podwójnego Charon - Pluton.
Ale propozycja tej definicji jest dość logiczna i spójna - mogę to kupić.
_________________
Szeregowy rezerwy
 
 
Hegemon 
Beczkowóz


Pomógł: 2 razy
Wiek: 41
Dołączył: 11 Lut 2006
Posty: 11979
Skąd: z głupia frant
Wysłany: Czw 17 Sie, 2006 14:21   

Szkoda tylko że Księżyc nie jest odrobinę większy, albo nie znajduje się ciut bliżej - w takim wypadku program Apollo awansowałby ex post do kategorii lotów międzyplanetarnych. ;)

A nowa definicja (o ile przejdzie, ale pewnie przejdzie) takoż mi się podoba z uwagi na swój otwarty charakter - bo że w Pasie Kuipera, a tym bardziej poza nim, odkryje się jeszcze coś ciekawego, jest prawie pewne. Nie mówiąc już o tym, że kilka już znanych obiektów ma szanse awansować do rangi planety.
_________________
Его Высокопревосходительство
 
 
Zgred
Szeregowy rezerwy

Pomógł: 1 raz
Dołączył: 31 Gru 2002
Posty: 5317
Wysłany: Czw 17 Sie, 2006 14:41   

Hegemon napisał/a:
Szkoda tylko że Księżyc nie jest odrobinę większy, albo nie znajduje się ciut bliżej - w takim wypadku program Apollo awansowałby ex post do kategorii lotów międzyplanetarnych. ;)


Dalej, a nie bliżej !
Wtedy środek masy układu Księżyc - Ziemia wyszedł by poza promień kuli ziemskiej i zgodnie z proponowaną definicją Księżyc został by zaliczony do planet :)
 
 
Hegemon 
Beczkowóz


Pomógł: 2 razy
Wiek: 41
Dołączył: 11 Lut 2006
Posty: 11979
Skąd: z głupia frant
Wysłany: Czw 17 Sie, 2006 14:46   

Ot, skleroza! Oczywiście że dalej.
_________________
Его Высокопревосходительство
 
 
Hegemon 
Beczkowóz


Pomógł: 2 razy
Wiek: 41
Dołączył: 11 Lut 2006
Posty: 11979
Skąd: z głupia frant
Wysłany: Czw 17 Sie, 2006 16:35   

A tak bardziej trzymajac się linii wątku: po awansie Ceres (a niewykluczone, że i Westy) wzrosną pewnie szanse na to, że NASA puści w końcu misję Dawn (gdzieś chyba w przyszłym roku miałaby wystartować). Bo jak dotychczas działy się wokół niej same cuda. Nie mniej niż dwa razy była już kasowana i przywracana ponownie.
_________________
Его Высокопревосходительство
 
 
Zgred
Szeregowy rezerwy

Pomógł: 1 raz
Dołączył: 31 Gru 2002
Posty: 5317
Wysłany: Czw 17 Sie, 2006 17:41   

Ja najbardziej chciałbym zobaczyć wyniki misji na skalę Cassini-Huygens do Neptuna oraz do Urana.
Niestety nic o takich przedsięwzięciach nie słychać, a biorąc pod uwagę czas niezbędny na przygotowanie misji i czas dolotu, już raczej nie doczekam :(
Bardziej by mnie to rajcowało chyba niż załogowy lot na Marsa.
Ale Ceres też warto zobaczyć :)
(o ile znowu tej misji nie skreślą).
_________________
Szeregowy rezerwy
 
 
Hegemon 
Beczkowóz


Pomógł: 2 razy
Wiek: 41
Dołączył: 11 Lut 2006
Posty: 11979
Skąd: z głupia frant
Wysłany: Czw 17 Sie, 2006 18:56   

No tak, skoro lot Cassini na orbitę Saturna trwał 7 lat, na dotarcie do Urana czy Neptuna należałoby czekać zdecydowanie dłużej. Pamiętajmy o dużo słabszej grawitacji tych planet - nie można przesadzać z prędkością, bo potem nasza sonda nie będzie w stanie wejść na orbitę wokół którejś z nich.

Kto wie, czy nie jedynym sensownym wyjściem przy obecnym (no, nie do końca) poziomie techniki byłoby działanie "na chama", tj. wysłanie przy pomocy ciężkiej rakiety nośnej (w rodzaju proponowanego przez NASA Aresa V) sondy z podczepionym stopniem służącym do wytracenia prędkości przed dotarciem do celu. Tyle że po pierwsze kosztowałoby to krocie, po drugie nie jest pewne, czy z Aresów wyjdzie coś więcej, niż tylko ładnie wygladający na papierze projekt, po trzecie wreszcie, nie wiadomo, jaki byłby ów stopień hamujący. Centaur się nie nadaje (ciekłego wodoru nie da się składować zbyt długo), IUS bodajże wyszedł już z produkcji i nigdy nie był zbyt pewny. Najlepsze byłoby coś na hydrazynę i czterotlenek azotu, jak drugi stopień Delty II (ew. z dodatkowymi zbiornikami). Ale i w takiej konfiguracji lot trwałby raczej dość długo. :(
_________________
Его Высокопревосходительство
 
 
Zgred
Szeregowy rezerwy

Pomógł: 1 raz
Dołączył: 31 Gru 2002
Posty: 5317
Wysłany: Czw 17 Sie, 2006 21:32   

Ha !
Bo dochodzimy do granicy użyteczności rakietowych silników chemicznych.
Niestety wraz z przyhamowaniem rozwoju astronautyki w ostatnich dekadach XX wieku, drastycznemy spowolnieniu uległy prace nad silnikami jonowymi i plazmowymi. Gdyby nie to były już szansa na posiadanie napędu radykalnie skracającego czas misji międzyplanetarnych.
_________________
Szeregowy rezerwy
 
 
Hegemon 
Beczkowóz


Pomógł: 2 razy
Wiek: 41
Dołączył: 11 Lut 2006
Posty: 11979
Skąd: z głupia frant
Wysłany: Czw 24 Sie, 2006 06:31   

Adyć, wróble ćwierkają, że nie tylko nie będzie dwunastu planet, ale nawet dziewięciu (przynajmniej tych "normalnych"). Innymi słowy, zanosi się na degradację Plutona do statusu "planety karłowatej". Szkoda byłoby. :( :evil:
_________________
Его Высокопревосходительство
 
 
Zgred
Szeregowy rezerwy

Pomógł: 1 raz
Dołączył: 31 Gru 2002
Posty: 5317
Wysłany: Czw 24 Sie, 2006 08:33   

Zobaczymy, ja trzymam kciuki za Plutona et consortes.
_________________
Szeregowy rezerwy
 
 
Hegemon 
Beczkowóz


Pomógł: 2 razy
Wiek: 41
Dołączył: 11 Lut 2006
Posty: 11979
Skąd: z głupia frant
Wysłany: Czw 24 Sie, 2006 15:17   

No i klops. Trzeba będzie jakiś protest uskutecznić.
_________________
Его Высокопревосходительство
 
 
Zgred
Szeregowy rezerwy

Pomógł: 1 raz
Dołączył: 31 Gru 2002
Posty: 5317
Wysłany: Czw 24 Sie, 2006 15:30   

Kompletnie bezsensowna ta klasyfikacja.
Planeta karłowata nie jest planetą - co ci astronomowie mieli z logiki na studiach ?
No cuż, takie są efekty demokracji.
 
 
Akiko 
Banita


Wiek: 30
Dołączyła: 20 Paź 2005
Posty: 2965
Wysłany: Czw 24 Sie, 2006 15:37   

Jak sie jednym duszkiem nie wyrecytowalo:Merkury, Wenus, Ziemia, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun....Pluton to lufa byla.
Ot ...dzis nie tylko latwiej zdobyc mature ale "recytacja" latwiesza gdyz jest ich mniej.
_________________
Bądź odważny, gdy rozum zawodzi, bądź odważny. W ostatecznym rachunku jedynie to się liczy. Zbigniew Herbert (1924 - 1998)
 
 
Hegemon 
Beczkowóz


Pomógł: 2 razy
Wiek: 41
Dołączył: 11 Lut 2006
Posty: 11979
Skąd: z głupia frant
Wysłany: Czw 24 Sie, 2006 15:41   

Ciekawe co będzie, gdy za orbitą Neptuna odkryją coś naprawdę sporego, np. wielkości Marsa. Też "karłowata planeta"? Może by tak jeszcze Merkurego zdegradować (orbitę ma nietypową jak na planetę - mimośród niewiele mniejszy, niż w przypadku Plutona, kąt nachylenia do płaszczyzny ekliptyki też spory; no i te efekty relatywistyczne). Zły jestem. :evil:
_________________
Его Высокопревосходительство
 
 
Zgred
Szeregowy rezerwy

Pomógł: 1 raz
Dołączył: 31 Gru 2002
Posty: 5317
Wysłany: Czw 24 Sie, 2006 17:19   

Zrobiłem krótki przegląd i wychodzi mi, że nie ma planet typowych.
Może w ogóle zlikwidować taką kategorię astronomiczną ?
_________________
Szeregowy rezerwy
 
 
Zgred
Szeregowy rezerwy

Pomógł: 1 raz
Dołączył: 31 Gru 2002
Posty: 5317
Wysłany: Pią 25 Sie, 2006 10:05   

Jaja jak berety.
Zgodnie z niektórymi opiniami: Jowisz, Mars, Neptun i sama Ziemia nie spełniają warunku na podstawie którego zdegradowano Plutona :D
"has not cleared the neighborhood around its orbit, and is not a satellite."
Planety te posiadają liczne asteroidy w sąsiedztwie.
Tak to nauka przegrała z ideologią, by dowalić Amerykanom usunięto Pluton z listy planet.
Pluton był jedyną planetą odkrytą przez Amerykanina, a Amerykanom zależało na utrzymaniu jego statusu jako planety
_________________
Szeregowy rezerwy
 
 
MS 
Banita


Wiek: 46
Dołączył: 07 Mar 2003
Posty: 9501
Skąd: z przeszłości
Wysłany: Pią 25 Sie, 2006 10:29   

Cytat:
has not cleared the neighborhood around its orbit,

To jest jawna brednia ! jeżeli to ma być warunek konieczny a nie jedynie wskazanie do uznania za planetę lub nie uznania
_________________
Pucz trwa, Blacky samowolnie pozbawił mnie uprawnień admina.
 
 
Hegemon 
Beczkowóz


Pomógł: 2 razy
Wiek: 41
Dołączył: 11 Lut 2006
Posty: 11979
Skąd: z głupia frant
Wysłany: Pią 25 Sie, 2006 10:50   

Niektóre planetoidy docierają bliżej Słońca niż Merkury (nie mówiąc już o kometach, z których wiele ląduje sobie na Słońcu). Z kolei w przestrzeni pomiędzy Jowiszem i Neptunem krążą tzw. centaury. Wniosek jest oczywisty: w myśl nowej definicji Układzie Słonecznym nie ma planet. Racja Zgredku. :twisted:
_________________
Его Высокопревосходительство
 
 
Trapp 
baron wojewódzki


Dołączył: 11 Mar 2006
Posty: 4004
Skąd: mazowsze
Wysłany: Sob 26 Sie, 2006 19:39   

tak trochę w temacie :wink:
Cytat:
Pluton - jak zarobić na eksplanecie
http://biznes.interia.pl/news?inf=785058
i jeden trafny komentarz
Cytat:
• Kto wypłaci odszkodowania, za straty moralne
Nieuk /dzisiaj 14:28/ wszystkim ludziom, którzy za Pluton dostali lufę?
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,18 sekundy. Zapytań do SQL: 13