IVRP.pl Strona Główna IVRP.pl
polityka - militaria - kultura - podróże

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
varia
Autor Wiadomość
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Nie 10 Lut, 2013 13:29   

Cytat:
- Nie gadaj, Maks, głupstw. Tu chodzi o pieniądze. Tu chodzi, żebyś nie wyjeżdżał z tymi oskarżeniami publicznie, bo to naszemu kredytowi może zaszkodzić. My mamy założyć fabrykę we trzech; my nic nie mamy, to my potrzebujemy mieć kredyt i zaufanie u tych, co go nam dadzą. My teraz potrzebujemy być porządni ludzie, gładcy, mili, dobrzy. Jak ci Borman powie: "Podła Łódź", to mu powiedz, że jest cztery razy podłą - jemu trzeba przytakiwać, bo to gruba fisz. A coś ty o nim powiedział do Knolla? Że jest głupi cham. Człowieku, on nie jest głupi, bo on ze swojej mózgownicy wyciągnął miliony, on te miliony ma, a my je także chcemy mieć. Będziemy mówić o nich wtedy, jak będziemy mieli pieniądze, a teraz trzeba siedzieć cicho, oni są nam potrzebni; no, niech Karol powie, czy ja nie mam racji - mnie idzie przecież o przyszłość nas trzech.

- Moryc ma zupełną prawie słuszność - powiedział twardo Borowiecki podnosząc zimne, szare oczy na wzburzonego Maksa.

- Ja wiem, że wy macie rację, łódzką rację, ale nie zapominajcie, że jestem uczciwy człowiek.

- Frazes! stary, wytarty frazes!

- Moryc, ty jesteś podły Żydziak! - wykrzyknął gwałtownie Baum.

- A ty jesteś głupi, sentymentalny Niemiec.

- Kłócicie się o wyrazy - ozwał się chłodno Borowiecki i zaczął wdziewać palto.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Wto 12 Lut, 2013 01:28   

Cytat:
do kantoru weszła kobieta, czworo dzieci wpychając przed sobą.

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! - szepnęła cicho, ogarnęła wzrokiem te wszystkie głowy, co się podniosły znad pulpitów, schyliła się pokornie do nóg Borowieckiego, bo stał najbliżej i miał najbardziej pokaźną twarz.

- Wielmożny panie dziedzicu, a to z prośbą przyszłam, wedle tego, co mojemu mężowi głowę urwało w maszynie, co ja teraz sierota biedna z dzieciami, co my jesteśmy biedne. Tom przyszła dopraszać się sprawiedliwości, aby mi pan dziedzic dał wspomożenie, jako mojemu mężowi urwało głowę w maszynie.

Wielmożny panie dziedzicu - i schyliła się znowu do kolan Borowieckiego, wybuchając płaczem.

- Za drzwi, wynosić się, tutaj takich spraw nie załatwia się! - krzyknął Szwarc.

- Cicho pan bądź! - zawołał na niego Borowiecki po niemiecku.

- Proszę pana, ona już od pół roku nachodzi wszystkie oddziały i kantory nasze, nie można się jej pozbyć niczym.

- A dlaczego nie załatwione?

- Pan się pyta? Ten cham umyślnie podłożył łeb pod koło, jemu się nie chciało pracować, a jemu się chciało okraść fabrykę! My teraz mamy płacić na jego babę i bękarty!

- A ty parchu jeden, to moje dzieci bękarty! - wykrzyknęła kobieta, w pasji przyskakując do Szwarca, który cofnął się za stół.

- Cicho, kobieto! Niech pani uspokoi się i coby te małe panowie nie płakali - zawołał przestraszony, wskazując na dzieci, które uczepiły się matki i krzyczały wniebogłosy.

- Wielmożny dziedzicu, jużci że prawda, co od samych kopań chodzę i cięgiem mi obiecują, że zapłacą, cięgiem chodzę i proszę, to mnie cyganią ino i wyciepują kiej sukę za drzwi.

- Uspokójcie się, pomówię dzisiaj z właścicielem, przyjdźcie tutaj za tydzień, to wam zapłacą.

- Ażeby ci Pan Jezus i ta Częstochowska szczęściła na zdrowiu, na majątku, na honorze, o mój dziedzicu kochany! - wykrzykiwała przypadając mu do nóg, całując go po rękach.

Wydarł się jej i wyszedł, ale przystanął w wielkiej sieni i gdy wychodziła, zapytał:

- Z których wy stron?

- Adyć, panie, jaże spod Skierniewic.

- Dawno w Łodzi?

- A będzie ze dwa roki, jak my się tutaj przenieśli na swoje zatracenie.

- Chodzicie gdzie do roboty?

- A bo mnie to chcą gdzie przyjąć te poganiny, te heretyki zapowietrzone, a po drugie, kaj ja ostawię swoje sieroty? .- Z czegóż żyjecie?

- Bidujem, wielmożmy panie, bidujem. Mieszkam na Bałutach z jednymi weberami i jaże całe trzy ruble płacę za pomieszkanie miesięczne. Póki mój nieboszczyk żył, to choćby często gęsto było ze solą albo i z głodem, ale się ta żyło, a teraz, kiej jego nie stało, to chodzę na Stare Miasto do posługi, czasem kto zawoła do prania i tak jest - gadała prędko, okręcając dzieci w jakieś ohydnie brudne strzępy chustek.

- Czemu nie wrócicie na wieś do domu?

- Wrócę, kiej mi tylko zapłacą za chłopa, to juści, że wrócę, a niech tam to miasteczko Łódź mór nie minie, niech ją ta ogień spali, niech ich tam Pan Jezus niczego nie żałuje, coby wszystkie wy zdychały, co do jednego.

- Cicho bądźcie, nie macie za co przeklinać - szepnął nieco podrażniony.

- Ni mam za co? - wykrzyknęła zdumiona, podnosząc na niego bladą, brzydką, przegryzioną przez nędzę twarz i zapłakane, wyblakłe, niebieskie oczy. - A to, wielmożny panie, my na wsi byli ino komorniki, bo mój miał trzy morgi grontu, co mu przyszły w schedzie po ojcu, to że nie było za co postawić chałupy, tośwa mieszkali u stryjecznych swoich. Myśwa żyli z wyrobku ino, ale zawżdy człowiek mieszkał po ludzku i kartofli gdzie przysądził na odrobek, i gąskę się uchowało albo i świniaka, i jajko miał swoje, i krowę mieliśwa, a tutaj co? Harował nieborak od świtu do nocy i jeść nie było co, żyliśmy kiej te dziady ostatnie, a nie kiej krześcianie, kiej psy, a nie kiej gospodarze poczciwi.

- Po cóżeście tutaj przyjechali, trzeba było siedzieć na wsi.

- Po co? - zawołała boleśnie. - A bo ja wiem! Szły wszystkie, to i myśwa poszły. Na wiosnę poszedł Jadam, ostawił kobitę i poszedł. Przyjechał po żniwach taki wystrojony, co go nikt nie mógł poznać, cały w kortach i zygarek miał śrybny, i piestrzonek, i tyla piniędzy, coby na wsi i bez trzy roki nie zarobił. Ludzie się dziwowali, a ten zapowietrzony cyganił, bo mu za to zapłacili, żeby ludzi wieskich sprowadził, obiecywał Bóg wie nie co. Tak zaraz poszło z nim dwóch parobków, Janków syn i Grzegorza spod lasu, a potem to już kto ino mógł, to leciał do tego miasteczka Łodzi, kużdymu się chciało kortów, zygarka i rozpusty! Ja mojego strzymywałam, bo po co nam było tutaj iść, do obcych w tyli świat, to me sprał kiej bydlaka i poszedł, a potem przyjechał i zabrał ze sobą. Mój Jezu kochany, mój Jezu! - szeptała chlipiąc boleśnie i rozcierając sobie nos i łzy brudnymi rękami i tak się zaczęła trząść w tym rozpaczliwym płaczu, że dzieci przytuliły się do niej i także zaczęły płakać cicho.

- Macie tutaj pięć rubli i zróbcie tak, jak wam mówiłem.

Miał tego już dosyć, odwrócił się spiesznie i wyszedł, nie czekając podziękowań.

Kużdymu się chce kortów, zygarka i rozpusty.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
Ignac
członek władz krajowych
na fot.: Tadeusz Reytan


Pomógł: 6 razy
Dołączył: 08 Sie 2011
Posty: 7021
Skąd: Wiadoma rzecz - Stolica!
Wysłany: Wto 12 Lut, 2013 01:34   

bateria helska napisał/a:
Kużdymu się chce kortów, zygarka i rozpusty.

U Kaden-Bandrowskiego to były jakieś bardziej wyszukane odmiany brukwi. Koniki, cośtam i cośtam. Szfak, przepomniałem...
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Śro 13 Lut, 2013 22:04   

Cytat:
Fabryka po chwilowym odpoczynku podwieczorkowym pracowała znowu z jednaką energią.

Borowiecki wyjrzał na świat z okien swojego gabinetu, bo poszarzało nagle i zaczął padać śnieg nadzwyczaj gęstymi płatami i pobielił ściany fabryk i dziedziniec. Spostrzegł Horna stojącego za domkiem szwajcara, przez który było jedyne wyjście z fabryki.

Horn rozmawiał z tą samą kobietą, która mu za coś dziękowała z uniesieniem i chowała jakiś papier za stanik.

- Panie Horn! - krzyknął wychylając przez lufcik głowę.

- Miałem przyjść właśnie do pana - ozwał się Horn zjawiając się po chwili.

- Coś pan radził tej babie? - zapytał surowym dosyć głosem, patrząc w okno.

Horn zawahał się przez mgnienie, rumieniec powlókł jego dziewczęco piękną twarz, a w niebieskich, dobrych oczach zamigotał płomień.
- Kazałem jej iść do adwokata, niechaj wytoczy proces fabryce o odszkodowanie, bo wtedy prawo zmusi ich do zapłacenia.

- Co to pana obchodzi? - zaczął lekko bębnić palcami po szybie i przygryzać usta.

- Co mnie obchodzi? - zamilkł na chwilę. - Bardzo mnie obchodzi wszelka nędza i wszelka niesprawiedliwość, bardzo...

- Czym pan tutaj jesteś? - przerwał mu ostro i usiadł przed długim stołem.

- No, jestem praktykantem kantorowym, pan dyrektor przecież wie najlepiej - odpowiedział zdumiony.

- No to, panie Horn, pan nie skończysz tej praktyki, jak mi się zdaje.

- Wreszcie, to mi jest już wszystko jedno - szepnął dosyć twardo.

- Ale nam nie jest wszystko jedno, nam - fabryce, w której pan jesteś jednym z miliona kółek! Przyjęliśmy pana nie na to, żebyś tutaj produkował się ze swoją filantropią, a tylko, abyś robił. Pan wprowadzasz zamęt, gdzie wszystko polega na najdoskonalszym funkcjonowaniu, na prawidłowości i zgodności.

- Nie jestem maszyną, jestem człowiekiem.

- W domu. W fabryce od pana nie wymaga się egzaminów na człowieczeństwo ani egzaminów na humanitarność, w fabryce potrzebne są pańskie mięśnie i mózg pański i tylko za to płacimy panu - rozdrażniał się coraz bardziej. - Jesteś pan tutaj maszyną taką samą jak my wszyscy, więc pan rób tylko to, co do pana należy. Tutaj nie miejsce do rozanieleń, tutaj...

- Panie Borowiecki! - przerwał mu szybko.

- Panie von Horn! Słuchaj pan, kiedy mówię do pana - zawołał groźnie, zrzucając gniewnie wielkie album próbek na ziemię. - Bucholc przyjął pana na moje zaręczenie, znam pańską rodzinę, pragnę dla pana najlepiej, ale pan jesteś, jak widzę, chory na dziecinną demagogię.

- Jeżeli pan tak nazywasz współczucie zwykłe u ludzi.

- Pan mnie kompromitujesz takimi radami dawanymi wszystkim, mającym jakie bądź pretensje do fabryki. Trzeba było zostać panu adwokatem, byłbyś się wtedy mógł opiekować nieszczęśliwymi i pokrzywdzonymi, ma się rozumieć, za dobrą zapłatą - dorzucił drwiąco, bo jego gniewny nastrój przepadł gdzieś pod wpływem tych dobrych oczów Horna, wpatrzonych w niego. - Zresztą, dajmy tej sprawie spokój. Będziesz pan dłużej w Łodzi, rozpatrzysz się w stosunkach, przyjrzysz się lepiej tym uciśnionym, to pan zrozumiesz, jak trzeba postępować. A weźmiesz pan interes po ojcu, to wtedy przyznasz mi zupełną rację.

- Nie, panie, ja w Łodzi dłużej nie wytrzymam ani interesu po ojcu nie obejmę.

- Cóż pan chcesz robić? - wykrzyknął zdumiony.

- Jeszcze nie wiem. Przyznaję się panu szczerze, chociaż tak ostro, za ostro pan mówi do mnie, ale mniejsza z tym, bo wiem, że pan, jako dyrektor takiej wielkiej drukarni, mówić inaczej nie może.

- Więc pan odchodzisz od nas? tyle zrozumiałem, ale nie wiem dlaczego?

- Dlatego, że już wytrzymać nie mogę w tym podłym chamstwie łódzkim. Pan, jako człowiek pewnej sfery, rozumie mnie chyba. Dlatego, że ja całą duszą nienawidzę zarówno fabryk, jak i wszystkich Bucholców, Rozensztejnów, Entów, całej tej ohydnej, przemysłowej bandy - wybuchnął gwałtownie.

- Ha, ha, ha, pan jesteś wspaniały "fioł", nieporównany! - śmiał się Borowiecki serdecznie.

- To już nic więcej nie powiem - rzekł mocno dotknięty.

- Jak pan chce, a zawsze lepiej głupstw mówić mniej.

- Do widzenia.

- Żegnam pana. Ha, ha, ha, pan masz zdolności aktorskie!

- Panie Borowiecki - zaczął prawie ze łzami w oczach Horn zatrzymując się i chciał coś mówić.

- Co?

Horn skłonił głowę i wyszedł.

- Kapitalny mazgaj - szepnął za nim Borowiecki i także poszedł do suszarni.

Owionęło go suche, rozpalone powietrze.

Olbrzymie czworoboki z blachy, wypełnione straszliwie rozpalonym i suchym powietrzem, brzęczały niby oddalone grzmoty, wymiotując nie kończący się pas materiałów kolorowych, suchych i sztywnych.

Na niskich stołach, na ziemi, na wózkach, które suwały się cicho, leżały całe sterty materiałów i w tym suchym, jasnym powietrzu sali, której ściany były prawie ze szkła, paliły się przyćmionymi barwami złota przykopconego, purpury o fioletowym odcieniu, błękitu marynarskiego, starego szmaragdu - niby stosy blach metalowych o matowym, martwym blasku.

Robotnicy, w koszulach tylko i boso, z szarymi twarzami, z oczami zagasłymi i jakby wypalonymi tą orgią barw, jaka się tutaj tłoczyła, poruszali się cicho i automatycznie, tworzyli tylko dopełnienie maszyn.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Sob 16 Lut, 2013 15:04   

Cytat:
- Cóż ja wam poradzę, kiedy maszyna was nie potrzebuje


Cytat:
Mniejsi potentaci i przedstawiciele takich firm, jak:

Ende-Griszpan, Wolkman, Bauvecel, Fitze, Bibersztein, Pinczowski, Prusak, Stojowsky, kręcili się na swoich miejscach coraz niespokojniej, szepty przelatywały z końca w koniec teatru, co chwila ktoś się wysuwał i nie powracał.

Oczy badały naokoło, na ustach tkwiły zapytania, niepokój wszystkimi owładał coraz silniejszy.

A nikt nie umiał sobie wytłomaczyć dlaczego, chociaż wszyscy byli pewni, że się coś stało ważnego.

Z wolna to zdenerwowanie udzielało się tym nawet, którzy nie obawiali się żadnych złych wieści.

Wszyscy poczuli to drżenie łódzkiego gruntu, tak często w ostatnich czasach nawiedzanego kataklizmem.

Tylko góra, tanie miejsca, nic nie odczuwała, bawiła się wciąż wybornie, wybuchała śmiechem, biła oklaski, wołała brawo.

Śmiech jakby falą buchał z drugiego piętra i rozpryskiwał się kaskadą dźwięków na parter i na loże, na te wszystkie głowy i dusze tak nagle zaniepokojone, na te miliony, rozparte na aksamicie, ubrylantowane, pyszne swą władzą i wielkością.

Ze wszystkich lóż tylko loża znajomych Borowieckiego pań brała udział w zabawie i bawiła się doskonale.

Potworzyły się pewne rafy na tym ruchomym morzu, które siedziały spokojnie, wpatrzone w scenę:

były to rodziny przeważnie polskie, których nic nie mogło zaniepokoić, bo nic nie miały do stracenia.

- To bawełna - szepnął Leon do Borowieckiego. - Patrz pan, wełna i inni siedzą prawie spokojnie. są tylko ciekawi. Ja się na tym znam.

- Frumkin w Białymstoku, Lichaczew w Rostowie, Ałpasow w Odessie - klapa! - szepnął Mory c, który skądciś dowiedział się tego.

Wszyscy trzej byli to kupcy en gros, jedni z największych odbiorców łódzkich.

- Na ile Łódź zaangażowana? - pytał Borowiecki. Moryc znowu wyszedł i powrócił po kilku minutach, był znacznie bledszy, usta miał skrzywione, oczy świeciły dziwnie; nie mógł ze wzruszenia trafić z binoklami na nos.

- Jest jeszcze jeden: Rogopuło w Odessie. Murowane firmy, same murowane!

- Wysoko leżą?

- Łódź traci ze dwa miliony! - szepnął bardzo poważnie i usiłował włożyć binokle.

- Nie może być - wykrzyknął prawie głośno Borowiecki zrywając się z miejsca, aż publiczność siedząca za nim zaczęła stukać i sykać, żeby nie zasłaniał sceny sobą. - Kto ci powiedział?

- Landau, a jak Laudau mówi, to Landau wie.

- Kto traci?

- Wszyscy po trochu, a Kessier, Bucholc, Muller - najwięcej.

- Ale żeby ich nie podeprzeć, pozwolić na taką klapę.

- Rogopuło uciekł, Lichaczew umarł, zapił się z rozpaczy.

- A Frumkin i Ałpasow?

- Nic nie wiem, mówiłem tyle, co było w depeszy.

Już teraz te wszystkie wieści rozlały się po teatrze, wszyscy wiedzieli o klęsce.

Co chwila widać było, jak ta wiadomość niby bomba wybucha w innej stronie teatru.

Twarze się podnosiły w górę, oczy błyskały, słowa jakieś ostre dźwięczały w powietrzu, krzesła się podnosiły z trzaskiem, wybiegali z pośpiechem do telegrafu i telefonów.

Teatr bardzo opustoszał.

Borowiecki czuł się także zdenerwowanym tą wieścią, sam nic nie tracił, ale tracili wszyscy naokoło niego.

- Wy nic nie tracicie? - zapytał się Maksa Bauma, który znalazłszy miejsce wolne, przysiadł się bliżej niego.

- My nie mamy nic do stracenia prócz honoru, a przecież tym towarem w Łodzi się nie operuje - odpowiedział drwiąco.

- Ładnie Łódź trzeszczy.

- Nastanie ciepły sezon.

- Tak, tak. Straż ogniowa będzie mieć robotę.

- Zrobi się cieplej, to prędzej wiosna będzie.

- Warto by, węgle takie drogie.

- Pan się śmieje zdrów, bo to pana nic nie kosztuje taka zabawa.

- Bywało tak, bywało. Połowa skręci kark, a druga połowa zarobi.

- Kto najlepiej leży?

- Bucholc, Kessier, Muller.

- Tym się nigdy nic nie stanie, co im kto zrobi.

- Niech ich wszystkich diabli wezmą, co mi to szkodzi, co ja na tym zarobię, że oni mają albo nie mają.

Reymont miażdży.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
Ignac
członek władz krajowych
na fot.: Tadeusz Reytan


Pomógł: 6 razy
Dołączył: 08 Sie 2011
Posty: 7021
Skąd: Wiadoma rzecz - Stolica!
Wysłany: Sob 16 Lut, 2013 23:22   

bateria helska napisał/a:
- Cóż ja wam poradzę, kiedy maszyna was nie potrzebuje


Cały proces wiązania i oprawiania książek odbywał się ręcznie. Jedyne maszyny to nożyce i gilotyna oraz prasa do złocenia. Nie było nawet falcówek - maszyn do składania arkuszy na format książki... Załatwiały to brygady falcowników, prawie wyłącznie Żydów. Szybkość zautomatyzowanych ruchów tych ludzi była zdumiewająca, przy niesłychanej dokładności roboty. Krzywe złożenie arkusza lub pomieszanie ich kolejności nie zdarzało się nigdy. Brygadier był pewnego rodzaju przedsiębiorcą angażującym pracowników i opłacającym ich ze swoich zarobków. Wyzyskiwał ich przy tym przetrzymując po dziesięć do dwunastu godzin przy pracy i mizernie wynagradzając. Pod wpływem prądów rewolucyjnych falcownicy zaczęli buntować się, żądali polepszenia płac i warunków. Z czasem inspekcja fabryczna poczęła się wtrącać, introligatornie wprowadziły falcówki, a system brygad falcowniczych rozleciał się.

Stanisław Arct, "Okruchy wspomnień", Warszawa 1962, s. 266
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Pon 18 Lut, 2013 18:24   

Cytat:
Była bladą jak marmur, dyszała ciężko, a spod przymkniętych powiek buchały płomienie.

No, tu Mistrz się obsunął nieco. Cóż, w pornografii konkurencja duża.

Przyszło mnie do łba, że "Lalka" i "Ziemia obiecana" znakomicie obrazują średnie geometryczne umysłów polskich bywszych aktualnymi i tych aktualnie akuratnych. Otóż "Lalka" przypomina mi o latach 80-tych ubiegłego stulecia, kiedy to Polska stała jeszcze na piedestale, a idee i inne widma krążyły w lufcie brzęcząc - bo i Wokulski, w końcu człek interesu, taki wyspirytyzowany, wyszlachetniony i wyszlachcony, i poczciwy Rzecki jako ten strażnik pamięci i wartości, i Łęcka jako obiekt miłości czystej. Co prawda na końcu Wokulski, oczyściwszy binokle i zażywszy aparatu słuchowego, stwierdza, że obiekt jednak nie jest kosher, mówi doń ze ściśniętym gardłem "farewell" i idzie się wysadzać, więc i tam happy endu nie ma, niestety. Za to "Ziemia obiecana" opisuje naszą szerokość i długość geograficzną teraz. Łódź, jaka jest, każdy widzi szyderczem okiem gołem, ludek chce żyć szybko i powierzchownie, byle z zyskiem i przy akompaniamencie uciechy, nikogo nie obchodzi informacja wczorajsza czy idea wyższa niż stół alebo bagażnik dachowy Porsche'a Cayenne, a jedyną ideą, która realnie to wszystko napędza jest: nie dać się wykpić, aby zarobić na jeszcze piękniejszy pogrzeb niż miał Bucholc.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Śro 20 Lut, 2013 17:03   

"Wyznanie maszynisty" lub, inaczej, "Oda do tendra, czyli wiela w poezji znaczy gupi przecinek":

"Love me, tender, love me sweet, never let me go.
You have made my life complete and I love you so.
Love me, tender, love me true, all my dreams fulfill.
For, my darlin', I love you and I always will.

Love me, tender, love me long, take me to your heart.
For it's there that I belong and we'll never part.
Love me, tender, love me true, all my dreams fulfill.
For, my darlin', I love you and I always will.

Love me, tender, love me dear, tell me you are mine.
I'll be yours through all the years till the end of time.
Love me, tender, love me true, all my dreams fulfill.
For, my darlin', I love you and I always will."
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Nie 24 Lut, 2013 03:30   

Cytat:
- Etykę, co to jest za towar? Kto w tym robi?


Cytat:
- Słyszysz pan, panie Cohn, co mówią za nami?

- Słyszę, słyszę. To jest grube łajdactwo, ale mądre, a, a, jakie mądre!


Cytat:
- Maks! Wstawaj; śpiochu! - krzyczał do ucha Baumowi.

- Nie budź mnie! - ryczał wściekły, wymachując nogami.

- Nie wierzgaj, tylko wstawaj, bo jest pilny interes.

- Karol, po co go budzisz - szepnął cicho Moryc.

- We trzech przecież musimy się naradzić...

- Dlaczego nie mamy zrobić tego interesu we dwóch?

- Bo zrobimy go we trzech - powiedział zimno Borowiecki.

- Czy ja mówię inaczej!


Cytat:
- Jeśli się boicie ryzyka, to ja wam dam radę, a raczej powiem, że istotnie to jest ryzyko. A jeżeli o tym interesie wie cała bawełna łódzka? Jeżeli ja ich w Hamburgu zastanę wszystkich! A jeżeli przez wielkie i gwałtowne zapotrzebowanie bawełna pójdzie w górę za bardzo! A w Łodzi nie będziemy mieli komu jej sprzedać, to co?

- Przerobimy ją w swojej fabryce i zarobimy jeszcze więcej - szepnął Maks nadstawiając pod działanie słońca ucho jedno i część głowy.

- Ale jest wyjście. Zarobicie również i bez ryzyka.

- W jaki sposób? - zapytał Karol przystając.

- Odstąpcie mi cały ten interes. Ja wam dam po pięć, no, po dziesięć tysięcy odstępnego, niech stracę, i to gotówką, bares geld, za parę godzin.

- Świnia - mruknął Maks.

- Daj pokój, Maks, on to robi z przyjaźni.

- A właśnie, że z przyjaźni, bo jak ja stracę, wy i tak możecie mieć fabrykę, a gdy zarobicie, również wam to nie przeszkodzi.

- Nie traćmy czasu na próżne gadaniny, trzeba iść spać. Kupujemy razem na wspólne ryzyko, a ty, Moryc, jedziesz dzisiaj do Hamburga,

- Niech da pokrycie. Kupi za nasze pieniądze, a potem powie, że kupił dla siebie, jego stać na to!

- To nasza przyjaźń i moje słowo jest pies, co ty gadasz, Maks - wykrzyknął oburzony.

- Twoje słowo złoto, twoja przyjaźń to dobry weksel, ale ewikcję daj, to handel.

- Załatwimy to w ten sposób, że Moryc będzie kupować i wysyłać zaraz pospiesznymi frachtami, na nachname. My wykupimy.

- A gdzie moja pewność, że mnie nie wyeliminujecie ze spółki, co?

- Świnia - zawołał głęboko dotknięty Maks, uderzając pięścią w stół.

- Cicho, Maks, on ma rację. Zrobimy zaraz piśmienną umowę, którą się później dla uważnienia urzędowego przeciągnie przez regenta.

Napisali zaraz upunktowaną wielokrotnie umowę, rodzaj aktu spółki, zawierającej się pomiędzy nimi trzema, na prowadzenie handlu surową bawełną.

Było w niej wszystko przewidziane.

- No, teraz stoimy na gruncie realnym. Ile mi wyznaczacie za zajęcie się tym interesem?

- Teraz zwykłe komisowe za kupno, a później porozumiemy się.

- Zaliczcie mi z góry, co możecie. Ja wam rachunek dokładny przedstawię strat, jakie poniosę przez czas pobytu w Hamburgu, strat na agenturze swojej, której przez ten czas nie będę mógł prowadzić.

- Świnia - powiedział po raz trzeci Maks i wykręcił drugą stronę twarzy na słońce.

- Maks, tyś mi powiedział trzy razy świnia, ja ci tylko raz odpowiem: głupi! Ty pamiętaj, że my mamy prowadzić nie romans, nie małżeństwo, tylko interes. Sam okpiłbyś Pana Boga, żeby się tylko dało, a mnie mówisz świnia, kiedy ja chcę tylko tego, co mi się należy prawnie. No, niech Karol powie.

- Idź do diabła, stergnij.

- No, zgoda, nie kłóćcie się ciągle. Jedziesz kurierem w nocy?

- Tak.

- Tylko, moi drodzy, pamiętajcie, ani dziś, ani później nikt nie ma wiedzieć, skąd wzięliśmy tę wiadomość o bawełnie.

- Alboż my wiemy, co?

- Taka tajemnica w trzech nie jest już tajemnicą.

- Idźcie spać. Karol, tylko mnie już nie budź. Moryc, choć pocałuję cię na drogę, bo cię nie zobaczę przed wyjazdem, wstanę dopiero jutro. No, bądź zdrów, chłopie, a nie okpij nas - mówił żartobliwie, całując się z Morycem serdecznie, bo pomimo ciągłych kłótni i wymyślań lubili się bardzo ze sobą.

- Ciebie kto by oszukał! - mruczał Moryc jakby z żalem.

- Ty jesteś dobry chłop, Moryc, ale czuć cię na milę szachrajem.

Oj, znał się Pan Rejment na ludziach, znał...
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Śro 27 Lut, 2013 08:11   

Poeta w "Ogłoszeniu":

"Obywatele!
Szczurów na świecie za wiele. (...)
Wszędzie szczury.
Ubrały się w mundury,
Sutanny i fraki,
A i w purpurze chodzi jaki taki.
Gryzą i niszczą wszystko, co im pod pysk wpadnie.
Na nic pułapki, zapadnie.
Żrą trawę na łąkach jak woły,
Kupy trocin zostawiają z lasów:
Niezadługo świat będzie taki goły
Jak zadki dwuletnich bobasów"...
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
Yanusson 
sekretarz władz wojewódzkich

Pomógł: 5 razy
Dołączył: 06 Wrz 2011
Posty: 3880
Skąd: że
Wysłany: Nie 03 Mar, 2013 09:01   

Się wtrącę, ale cytat cudowny:

George H.W. Bush napisał/a:
A letter to President Clinton.

Jan. 23, 2008

Dear Bill,

My heart went out to you when I saw you trying to keep your eyes open during an MLK Day sermon.

I could indeed "feel your pain." I have been there myself, more than once I might add, and it physically hurt as I tried to keep my eyes open. I don't remember if I ever told you about the prestigious Scowcroft Award, given during my White House days to the person that fell most soundly asleep during a meeting. Points were added for "recovery."

A standard recovery gambit was to awake from a sound sleep, and start by nodding one's head in agreement to something just said in the meeting, something you had not heard at all. Writing something on a pad, anything at all, scored points. Good recoveries were awarded lots of points in determining the Scowcroft winner.

I remember when [Dick] Cheney won the award one time. We presented it to him at a nice dinner in the Rose Garden. Modest fellow that he is, he proclaimed himself unworthy, though his solid sleep in the Cabinet meeting had been witnessed by all assembled.

Scowcroft, of course, was hopeless. He could sleep in any meeting at any time of day. Always pleasant when he woke up, he was a leader without peers in both the sleep field and the recovery field.

Such was his leadership that the award was named for him. He never fully appreciated that. Anyway, having been a Scowcroft award recipient myself, I send you now my total understanding and my warmest personal regards. As I heard that minister droning on, I made a challenge for the trophy myself.

Your friend,

George
_________________
Śpiewaj i maszeruj!
 
 
Ignac
członek władz krajowych
na fot.: Tadeusz Reytan


Pomógł: 6 razy
Dołączył: 08 Sie 2011
Posty: 7021
Skąd: Wiadoma rzecz - Stolica!
Wysłany: Pon 04 Mar, 2013 13:06   

Dobrze, że nikogo w biurze akurat nie ma, bom śmiał się głośno "Ha-ha!"

Sam bym się do tej nagrody nominował. Zwłaszcza za styl wybudzenia się mi należy. Notując na wykładach niejednokrotnie robiłem tak - literki coraz mniejsze i coraz mniej wyraźne, potem długi zygzak - i znowu wyraźne literki; gładkie przejście!
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Wto 05 Mar, 2013 09:22   

Nader aktualny wiersz Bierezina - wystarczy zastąpić kilka wyrazów innymi:

"Wam, zwykłym czytelnikom prasy codziennej
(sprawozdanie z wojny, sprawozdanie z obrad, doniesienia z raju,
kronika wypadków, wyniki gier liczbowych, powieść kryminalna
plus ogłoszenia drobne)

Wam, zwykłym oglądaczom programów telewizyjnych
(dziennik telewizyjny, kapitan Klos wykonał zadanie, mistrzostwo
w jeździe figurowej, spotkanie z cieniem Jana Kiepury,
Dziewczęta z Nowolipek)

Wam, zwykłym i sympatycznym radiosłuchaczom
(rozrywka - gra polska kapela od dyrekcją Feliksa Dzierżanowskiego,
Moskwa z melodią i piosenką słuchaczom polskim,
Program z dywanikiem) (...)

Wam, którzy jesteście pod wpływem przemożnej logiki
codzienności, konieczności, strachu i podłości
dalszego socjalistycznego rozwoju osobowości
życzy święty Mikołaj"


Logika codzienności, konieczności, strachu i podłości rządzi nadal.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Śro 06 Mar, 2013 20:41   

"Ucitelka tanca je moj sen":

http://www.youtube.com/watch?v=ICTvvY9Bxjs

Bas "a la remiza" miażdżył i miażdży.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Czw 07 Mar, 2013 10:27   

Proponuję krótką przejażdżkę w roli pasażera - przez Hollywood, z Iggy'm Popperem:

http://www.youtube.com/wa...A5iTw&index=254

Coś pozytywnego temu wstrętnemu gniazdu rozpusty i deprawacji jednak zawdzięczamy.
Stefan MakKrólowa na motorze po prostu wymiata!
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Sob 09 Mar, 2013 16:13   

Czytam ostatnio Wykę.
Fajnie przypomniał podział na pesymistów i optymistów:

"Wąsate twarze mężczyzn wołały z okien ustrojonego w gałęzie wagonu: - Zanim pierwsze liście z drzew spadną. To byli optymiści. Pesymiści żegnali się z żonami i dziećmi: - Do Bożego Narodzenia."

Rzecz dotyczy I WŚ (Autor odprowadzał na stację kolejową powołanego do wojska ojca).
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
filip
przewodniczący koła


Pomógł: 2 razy
Dołączył: 17 Wrz 2011
Posty: 693
Wysłany: Sob 09 Mar, 2013 18:27   

bateria helska napisał/a:
"Wąsate twarze mężczyzn wołały z okien ustrojonego w gałęzie wagonu: - Zanim pierwsze liście z drzew spadną. To byli optymiści. Pesymiści żegnali się z żonami i dziećmi: - Do Bożego Narodzenia.

Mogę prosić o namiary bibliograficzne. Przyda mi się na lekcje historii.
_________________
Tutaj warto zrobić historyczny przytyk, że co drugi folksdojcz był real-polityk

http://www.corinfantis.pl/index.php?text=430
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Sob 09 Mar, 2013 18:33   

"Wędrując po tematach", tom 1 - "Czasy", Kraków 1971, strona 5.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
Ignac
członek władz krajowych
na fot.: Tadeusz Reytan


Pomógł: 6 razy
Dołączył: 08 Sie 2011
Posty: 7021
Skąd: Wiadoma rzecz - Stolica!
Wysłany: Sob 09 Mar, 2013 20:11   

Auf Wiedersehen auf dem Boulevard!

 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Sob 09 Mar, 2013 20:57   

W Krzeszowicach Wyki-seniora obowiązywał ten krój szkolnego mundurka:

_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Pon 11 Mar, 2013 16:33   

Kolejna polska przypowieść - z Sochą i Sochową w rolach głównych:

Cytat:
- Jest pismo. Daj, matka, wielmożnemu panu - powiedział poważnie chłop w białej kapocie wyszywanej na szwach czarnymi tasiemkami, w portkach w poprzeczne czerwone, białe i zielone pasy, w kamizelce granatowej z mosiężnymi guziczkami, koszulę miał zawiązaną na czerwoną wstążeczkę; stanął przy drzwiach wyprostowany, baranicę zawiesił na własnych pięściach przyciśniętych do piersi i patrzał niebieskimi, surowymi oczami w Borowieckiego, od czasu do czasu odrzucając ruchem głowy grzywę płowych, niby konopie wymiądlone włosów, co mu wciąż opadały na twarz starannie wygoloną.

Kobieta list wydobyła z dziesięciu co najmniej obwiązań i podejmując Karola za nogi, podała.

Przeleciał szybko oczami list i pytał:

- Wy się nazywacie Socha?

- Tak, rychtyk Socha, rzeknij no, matka - szepnął. szturchnąwszy łokciem żonę.

- Juści prawda, Socha on jest, a ja jego żona i przyśliśwa prosić wielmożnego pana niziniera o robotę na fabryce, o... - zatrzymała się chwilę, spoglądając na męża.

- Juścić o robotę, rzeknij no, matka, od początku.

- Właśnie pisze mi tu ojciec i panienka o waszym nieszczęściu. Spaliliście się, co?

- Juścić że spalili, opowiedzże, jak było, matka.

- A to było tak, wielmożny panie, powiem rzetelnie jak na spowiedzi. Mieliśwa chałupę zaraz za dworem, pierwszą ode wsi. Grontu to mój kupił ino dwie morgi i prętów dwadzieścia i pięć, co nam starszy pan, niby ociec wielmożnego pana niziniera, sprzedał, a za cośmy zapłacili całe trzysta złotych. Używić by się z tego nie używił. Kartofle były swoje, krowę się uchowało, świniak zawżdy galanty kwicał w chlewie, kuń był, bo stary mój jeździł na furmanki do miasteczka i woził różnych ludzi do kolei albo i Żydów, na ten przykład, za rubla, jak się dało. A mnie to paninka cięgiem wołała do dworu na posługi, a to do prania, a to do robienia płótna, a to kiej się krowa ocielić miała. Święta panienka, a to naszego Walka to tak wyuczała, co chłopak zna i drukowane, i pisane, a na złotym untarzyku to cytać poredzi z kużdej strony, mistranture tyż zna galancie, bo do mszy świętej księdzu Szymonowi sługuje. A chłopak ma dopiro na dziesiąty rok - zatrzymała się. aby wytrzeć nos w fartuch i obetrzeć załzawione rozczuleniem oczy.

- Prawda, mój syn Wałek ma na dziesiąty rok, mów, matka, dokumentnie - szepnął poważnie chłop.

- Juści na dziesiąty, albo od Zielnej, albo na samą Siewną.

- Mówcie prędzej, bo, widzicie, ja się mam czasu - prosił Borowiecki, który chociaż się nudził podczas tego bezładnego opowiadania i mało słyszał, siedział cierpliwie, bo wiedział, że chłopi lubią się przede wszystkim wygadać i wyżalić po ludzku, a robił to głównie dlatego, że pochodzili z Kurowa.

- Rzeknij, matka, co ostało, bo wielmożnemu panu spieszno.

- To z łaski Boski i z łaski panienki i bez to, co stary miał kunia i zarabiał, i bez to, co się czasem przedało, a to prosiaka jakiego, a to gąskę, a to czasem jaką kapkę mleka albo i półkwartek masła i jajków, tośwa się miały niezgorzy. Cała wieś nam zazdrościła, że to my pierwsze były przy dworze, że to nas panienka uważała, że to w izbie i obrazy święte były pikne, we złotych ramach, że to i odzienie zawżdy było jak się patrzy, żeśwa się to nie bijały, bo panienka cięgiem mówiła, że to grzych i obraza boska największa; że to mój u księdza Szymona często był i woził go do kolei, to bez to pomstowały na nas. A już najgorsza to była ta Pietrkowa, co to siedzi ino bez miedzę. Kłótnica taka, że ją i ksiądz Szymon już nieraz z ambony napominał. Nic nie pomogło, cięgiem tylko bij zabij na mnie. A taka niepoczciwa, co szczekała po cały wsi. że to ze dworu wynoszę kaszę, że mój kradnie siano z dworskich stogów. Widzieliście wy, ludzie! Ażeby nam tak kulasy poupadły, jak jej ozór ten przeklęty odleci za szczekanie, jeśliwa co wzięły. Ale żeby to ino to!

- Cóż ona więcej zrobiła, mówcie - szepnął prawie z rozpaczą, bo kobieta gadała coraz szczegółowiej, ośmielona jego życzliwym wzrokiem.

- A to bez nią myśwa się spaliły. Bo było tak, że zawżdy, jak to po somsiedzku się przytrafia, gąsiaki moje, już takie w knotach, co bym nijak nie mogła sprzedać po pięćdziesiąt kopiejek, przeszły na jej pole, ale nie było i pacierza, ino co dziobami chwyciły chila tyla trawkę, a ta suka zapowietrzona poszczuła je. Ażebyś Boga przy skonaniu nie oglądała, ażebyś! Zaraz mi zdechnęło pięcioro tych gąsków, bo je tak pies pogryz. Com się wypłakała, to jaże trudno wypowiedzieć. Stary przyjechał, ja mu mówię, a on mi rzekł: "Inszej rady ni ma na taką, ino sprać tak, coby gnaty poczuła."

- Prawda, rzekłem tak, mów dalej, matka.

- Sprałam ją rzetelnie, zdarłam za te kudły, co ma kiej czarownica, utytłałam w gnojówce, skopałam kiej sukę. A to mi potem wieprzaka przetrąciła. Poszliśwa na sądy. Niech ta sprawiedliwość sądzi, kto winowaty - wykrzyknęła rozkrzyżowując ręce.

- A kiedyż was spaliła?

- Ja nie mówię, co ona, ino że bez nią, bo jakieśmy siedzieli w sądzie, przylata woźny i pedo:

"Chałupa się wam, Sochowa, pali!" Jezus Maria, jakby mi kto łysty poprzetrącał, ruszyć się z miejsca nie mogłam.

- No, dosyć, rozumiem. A teraz chcecie znaleźć robotę w fabryce?

- Juści tak, wielmożny panie. Bośwa zeszły na dziady, bo się spaliło wszyćko: i chałupa, i obora, i całki lewentarz, nic, ino teraz iść po proszonym.

Zaczęła płakać spazmatycznie, a chłop stał wciąż poważnie, zapatrzony w Borowieckiego, odgarniając jednakim ruchem głowy grzywę, co mu co chwila spadała na oczy i twarz.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Czw 14 Mar, 2013 15:59   

No więc Wyka, przy całym swoim "racjonalnie" i otwarcie prokomuchowskim nastawieniu, wart czytania jest.
Weźmy świetny tekst "Haus Kressendorf w hrabstwie tenczyńskim". Zaczyna się mocno, od cytaty skradzionej Frycowi z Nieckich: "W cieniu mieczów jest raj".
Pokrótce - idzie w tekście o to, że kulawy estetycznie, zbudowany przez Potockich pałac, obrał sobie za rezydencję Hans Frank (mieszkał krótko, bo okazało się, że pani gubernatorowej klimat miejscowy z jakiegoś tam względu nie posłużył).
Dlaczego akurat ten? Ano okolica niebrzydka, do Krakowa blisko, a w projektach pałacu - co być może przeważyło - maczał paluchy Fryderyk Schinkl. Jak to z tym maczaniem było? Otóż Artur Potocki, eks-oficer napoleoński, najpierw zamówił projekta u Perciera i Fontaine'a, a że były zbyt po cesarsku rozmaszyste, zamówił kolejny projekt u Schinkla, który to projekt "posiadał sens i proporcje", ale również nie został zrealizowany. W 1832 roku Artur Potocki umiera, a w 1850 roku jego syn Adam (ten od "Przy Tobie, Najjaśniejszy Panie...") rozpoczyna budowę, ostateczny zaś kształt pałacowi nadaje syn Adama, Andrzej (namiestnik Galicji w początkach XX wieku, zastrzelony przez Ukraińca). Po kilkudziesięciu latach projektowania (był jeszcze trzeci projekt - Lanciego), budowy, przebudowy, "prób i błędów", powstało coś takiego:



co mnie przypomina dom zdrojowy w stylu urzędowo-psuedoklasycystyczno-weneckim (te mikre wieżyczki) i co - zdaniem Wyki - "charakteru reprezentacyjnego w swojej bryle nie posiada".
Teraz Frank. Przyjechał w którąś niedzielę kwietnia 1940 roku, obejrzał. Połechtał go ten Schinkl. Podjął decyzję. I tak rozpoczęła się przebudowa i urządzanie wnętrz. Przy okazji dobra hrabstwa tenczyńskiego miały przejść na własność każdorazowego gubernatora generalnego, ale tu Trybunał Administracyjny w Lipsku czujnie doszedł do wniosku, że Polaków łupić, owszem, należy i trzeba, ale nie na własną rękę. Stąd całość - lasy, folwark, tartak, zakłady ceramiczne - stały się Staatsbetriebe Kressendorf.
Oddajmy głos Wyce:
"Przejęcie dóbr miano uczcić w sposób bardzo germański i bardzo makabryczny. W okolicy znajduje się zbiorowy grób kilkudziesięciu dywersantów, rozstrzelanych we wrześniu 1939 roku przez cofające się władze Śląska Górnego. Kazano już przygotować trumny i zwłoki miano przenieść uroczyście - gdzie? - właśnie na dziedziniec ruin zamku tenczyńskiego (wzniesionego jeszcze przez Tęczyńskich - b. h.). Tym aktem przeszłość hrabstwa z jego wyglądem dzisiejszym miała być spięta jedną klamrą. Pomysł nie został wykonany. Szkoda, taki był charakterystyczny."
Prezbudowa prowadzona była wiosną i latem 1940 roku, nad wszystkim czuwała trójka architektów niemieckich. "Kierowali się w swoim przedsięwzięciu dwoma wskazaniami: higiena i reprezentacja. Higienę rozwiązano w prosty sposób, wedle powszechnej na Ostraum recepty niemieckiej: ten kraj posiada z a _ m a ł o WC i łazienek, by mógł być kulturalny. My ich posiadamy znacznie więcej, więc w tej samej proporocji jesteśmy bardziej kulturalni. Wmieszczono przeto w budowę niezliczoną ilość WC i łazienek."

Ciąg dalszy może nastąpić...
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
Zbigniew 
członek władz krajowych


Pomógł: 6 razy
Wiek: 52
Dołączył: 25 Paź 2007
Posty: 6959
Skąd: Kujawy
Wysłany: Czw 14 Mar, 2013 22:37   

KOOOniecznie.
_________________
"Domini Poloni, tam diu liberi, quam diu catholici!"
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Pią 15 Mar, 2013 14:19   

A otóż i bohater naszej romancy, w miejscu opisanym wyżej, oko w hełm z posłańcem stosownie odzianym:



Tu zaś onże we wnętrzu pałacu krzeszowickiego, w towarzystwie osobników w gustownych liberiach:



Tak pałac wygląda aktualnie (przypomina mi opuszczony budynek dworca kolejowego):




I jeszcze do kolekcji - ruiny zamku Tęczyńskich:



_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Nie 17 Mar, 2013 22:31   

Ciąg dalszy następuje.

No więc: higiena i reprezentacja. O higienie już było, teraz o reprezentacji. Znowu oddajmy głos Wyce:
"Najlepiej ją poznamy zaglądając do kartek inwentarzowych, naklejonych po blejtramach obrazów zawieszonych na ścianach Haus Kressendorf. Nie spodziewano się zapewne, że będą je kiedyś oglądać polskie oczy, nikt bowiem nie pokusił się wcale, ażeby je usunąć, jak wydrapywano na przykład z pochodzącej z Belwederu sypialni napis w drzewie, do kogo należała. Kartki głoszą : Muzeum Narodowe w Krakowie, Warszawie, Muzeum Miasta Warszawy, Gmachy Reprezentacyjne Rzeczypospolitej, Łazienki, Belweder, Gabinet Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kolekcja Pinińskiego i tak dalej. (...) Kradzież? Nic podobnego. U początku sprawy stoi jesienią 1939 roku dekret gubernatora, jedno z pierwszych jego zarządzeń, którego mocą wszelkie dzieła sztuki będące w posiadaniu prywatnym i muzealnym "zabezpiecza się na rzecz ogółu". Dekret umyślnie sformułowany tak ogólnikowo, by dawał podstawę prawną dla wszelkiego rabunku. Dla pani gubernatorowej dystryktowej, która podobający się jej świecznik muzealny "zabezpiecza" we własnym mieszkaniu, dla pana architekta, który meble muzealne "zabezpiecza" znów u siebie, i tak w nieskończonej ilości wydań."
Pewne braki w wyposażeniu wypełniono dziełami przywiezionymi z Francji, tak się bowiem szczęśliwie złożyło, że ta padła akurat w czasie urządzania Haus Kressendorf.
Remoncik kosztował ogromne pieniądze, Niemcy mogli poprawić bryłę pałacu, ale nie zrobili tego, no bo Schinkl, nie zrobili tego nawet wtedy, gdy wyjaśniło się, że odpowiedzialność Schinkla była tu prawie żadna. Powodem był obowiązujący pogląd, że wszystko co nad Wisłą cenne i wartościowe jest efektem oddziaływania kultury germańskiej - od Gotów, ojców Goralenvolku, po c.k. biurokrację galicyjską. "Szczegół krzeszowicki był bowiem niezmiernie dogodny dla całej tezy: oto każdemu ciosowi miecza po wsze wieki zdobywającego ponownie niemiecki Wschód towarzyszą ślady twórczego ducha germańskiego czasów minionych. Ślady te są "święte"." "W związku z tym" - jak dalej zauważa Wyka - "gubernatorowi Frankowi stopy ogrzewa - dywan konstytucyjny; oczy cieszy - waza i obraz Stanisława Augusta; odpoczynek daje - fotel Piłsudskiego. Nawet jada na ćmielowskiej zastawie prezydenta Mościskiego, a orzeł polski, zdzierany skrupulatnie z herbów i budynków, tutaj go nie razi."
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
Ignac
członek władz krajowych
na fot.: Tadeusz Reytan


Pomógł: 6 razy
Dołączył: 08 Sie 2011
Posty: 7021
Skąd: Wiadoma rzecz - Stolica!
Wysłany: Nie 17 Mar, 2013 23:27   

Jak widać Hans Franco postanowił zamieszkać na Dworcu Głównym we Wrocławiu:
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Nie 17 Mar, 2013 23:37   

Raczej, jak pisałem wyżej, w czymś takim:



choć akurat Stary Dom Zdrojowy w Krynicy jakąś dystynkcję posiada.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
ombretta 
członek prezydium władz krajowych
ex-forumkowicz

Pomógł: 9 razy
Dołączył: 25 Maj 2010
Posty: 8802
Wysłany: Nie 17 Mar, 2013 23:39   

Co, że niby Breslau HBf tak teraz wygląda?
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Pon 18 Mar, 2013 15:18   

Wyka zwraca też uwagę na parweniuszowski rys w operacji "pałac". I słusznie. Wygłodzony po postnych latach I wojny, wersalskiego dyktatu i kryzysu niemiecki inteligent nagle mógł się nie tylko nachapać, on mógł się i za jednym - nomen omen - zamachem "nobilitować". Dlatego Frankowi i jemu podobnym nie przeszkadzało to, że otaczali się scenografią wytworzoną albo dla podludzi, albo nawet i przez podludzi. Oni wreszcie mogli być noble, oni wreszcie mogli być splendid, oni wreszcie dostawali to, na co zasługiwali po latach wyrzeczeń i upokorzeń, a czego nie dostawali, to brali sami.
Z biografii Franka autorstwa Schenka dowiadujemy się, że jego ojciec, Karl, został pozbawiony w 1925 roku przez sąd honorowy prawa do wykonywania zawodu i usunięto go z izby adwokackiej (powodem - zawyżanie honorariów, domaganie się nadmiernych honorariów i reprezentowanie obu stron w tej samej sprawie (sic!), odmówienie zwrotu kwoty 500 marek spadkobiercom aplikanta poległego na froncie I wojny, itp.) - od tego czasu udzielał się jako "pokątny adwokat" po gospodach, przedstawiając się najczęściej jako syndyk. Żona Hansa, Brigitte, została oskarżona o oszustwo podatkowe (pokątny handel) - mężulo, już jako minister sprawiedliwości, zażądał ponoć akt w tej sprawie i zniszczył je. No i sam Hans w latach 1928-1933 oszukiwał swoich klientów, był oskarżany, skazywany, nękany przez komornika. I jak tu żyć w takim poniżającym niemieckie człowieczeństwo klimacie, ledwie wiążąc koniec z końcem krawata? Aż tu nagle zakręciło się śmigło z łopatami wygiętymi pod kątem prostym w połowie długości, powiało świeżym, ożywczym luftem i proszę, od razu ministerstwo, gubernatorstwo, Wawel, no i na dokładkę - Haus Kressendorf.
Tytułem dygresji: III Rzesza to był prawdziwy raj dla prawników - primo, wchłaniała każdą ich ilość, secundo, stwarzała im możliwości znacznie wykraczające poza te wynikające wprost z wykonywania zawodu.
Kradli wszyscy. Dodatkowo niżsi rangą kradli i dla siebie, i dla przełożonych. Frank był autorem powiedzenia: "Łupienie wroga to jedna z największych atawistycznych rozkoszy człowieka", a 15 września 1939 roku, gdy otrzymał od Adiego polski prezent, uklęknął przed żoną i rzekł był: "Brigitte, zostaniesz królową Polski".
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
bateria helska 
NaczDyrDUPS
Yogibabu w trakcie leżakowania


Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 8721
Skąd: z Boforsa
Wysłany: Pon 18 Mar, 2013 22:38   

Jeszcze o prawnikach - znalazłem ustęp w "Trzeciej Rzeszy" Burleigha, o który mi chodziło:
"Przedstawicielom władz sądowniczych przyszło w czerwcu 1937 roku negocjować z gestapo zasady stosowania tortur - rzecz niebywała nawet w tych współczesnych państwach, gdzie przemoc wobec aresztantów stanowiła chleb powszedni. Do prowadzenia wspomnianych negocjacji kierownictwo SS wydelegowało gładkiego w obyciu byłego sędziego Wernera Besta, a jego kontrpartnerem z ramienia Ministerstwa Sprawiedliwości został osobnik, który sam miał honorową rangę w SS."
Zawarto porozumienie, na mocy którego po zadaniu dziesięciu razów "znormalizowaną pałką" należało wezwać lekarza. Nie wspomniano jednak, ile razy można stosować owe nadzywczajne metody - raz w tygodniu? codziennie? kilka razy na dobę?
Trzeba zaznaczyć, że na początku znajdowali się sędziowie, którzy nie ulegali naziolstwu, ale szybko nowe, ambitne kadry stanęły na wysokości zadania.
Te kadry zasiliły także służby bezpieczeństwa. Bazujące na własnym werbunku SD mogło się wykazać kosztem gestapo, które odziedziczyło zespół prawników i policjantów po Republice Weimarskiej, z całym urzędniczym rozmemłaniem. Około czterdziestu jeden procent członków SD miało wyższe wykształcenie (przeciętna krajowa 2-3 procent). Heydrich oczekiwał od nich, że zamiast bujać w abstrakcjach będą praktykami, ekspertami, że będą przejawiali inicjatywę (musieli regularnie składać raporty ze swoich działań). Dbając o odpowiednie nastawienie, co jakiś czas zlecał podwładnym "profesorkom" mokrą robotę. I tak trzydziestokilkuletni prof. dr Franz Alfred Six stanął na czele zespołu dokonującego porwań i skrytobójstw w Austrii i Czechosłowacji.
_________________
A. Gudzowaty w rozmowie z Michnikiem: "Jedni są w obozie amerykańskim, drudzy w rosyjskim, trzeci w brytyjskim, niemieckim, francuskim - k... - nikogo nie ma w obozie polskim".
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,15 sekundy. Zapytań do SQL: 13